Czytelnia - Jarosław Klejnocki Przylądek pozerów
Jarosław Klejnocki
Przylądek pozerów

Na Uniwersytecie Warszawskim popełnione zostaje tajemnicze morderstwo. Ofiarą jest powszechnie szanowany profesor, podejrzanymi - pracownicy jednego z humanistycznych wydziałów uczelni. Do akcji przystępuje komisarz Ireneusz Nawrocki, nieco sfrustrowany, ekscentryczny policjant. Czy uda mu się złapać przestępcę? Jakie tajemnice skrywają gabinety uniwersyteckie? Co wspólnego ze zbrodnią ma twórczość Adama Mickiewicza? Jaki sekret związany jest z Zalesiem Górnym, snobistyczną miejscowością położoną niedaleko Warszawy? Jaką prawdę o sobie odkryje Nawrocki podczas prowadzonego dochodzenia?
"Przylądek pozerów" przynosi intrygujący portret współczesnej Warszawy oraz jej okolic, widzianych oczami kogoś, kto zaglądać musi także w mroczne miejsca. Powieść jest również przykładem gry z tradycyjnie rozumianym kryminałem, bowiem powstała w czasach, w których sądzi się, że wszystkie możliwe kryminalne i sensacyjne historie zostały już opowiedziane. Czy aby na pewno? Czytając "Przylądek pozerów", przekonasz się, że choć wszystko podobno zostało już wymyślone, to właśnie "antykryminał" może Cię jeszcze zaskoczyć!

Dzień Pierwszy

Zbrodnia
Rozdział, w którym dowiadujemy się o morderstwie,
poznajemy głównych bohaterów, a także trapiące
pewnego policjanta rozterki natury osobistej

Ciało znalazła o świcie sprzątaczka. Profesor Sebastian Grabowiecki leżał na dywanie w brunatnoczerwonej kałuży. Zapach zakrzepłej krwi mieszał się z intensywną wonią pasty, którą przed rozpoczęciem semestru zimowego natarto podłogi. Policjanci przyjechali, zanim jeszcze pojawił się dyrektor instytutu, który zwykł przychodzić pierwszy, przed resztą pracowników.
Sensacyjna wieść o zbrodni na wydziale dopadła Krzysztofa w drodze do pracy. Na komórkę zadzwoniła wstrząśnięta sekretarka dyrektora.
- Pan już nie musi się śpieszyć na spotkanie, panie doktorze. Profesor został zamordowany - powiedziała, a Krzysztofowi stanęło na chwilę serce.
Zjechał na pobocze i gwałtownie zatrzymał swojego dwunastoletniego malucha, odziedziczonego po zmarłym ojcu. Kurwa mać. Grabowiecki podjął się swego czasu zrecenzowania jego pracy habilitacyjnej. Poza tym to właśnie Krzysztof miał być dziś pierwszym interesantem profesora. No jasne, przede wszystkim wezmą się do mnie, pomyślał przygnębiony. Jaki poniedziałek, taki cały tydzień. Ciekawe, co jeszcze może się zdarzyć, skoro tak wygląda początek? Policja policją, ale dyrektor, profesor Mikołaj Szarzyński (z racji swego demonicznego wyglądu przezywany przez studentów "Sępem"), zażąda wyjaśnień swoją drogą. Zresztą "wyjaśnienia" to eufemizm, profesor wezwie go po to, by dać upust swej potoczystej wymowie. Niby będzie słuchał, ale tak naprawdę skorzysta z okazji, by wygłosić kilka wzniosłych uwag na temat ogólnego upadku wartości, degrengolady społecznej, deklasacji inteligencji i tak dalej. Matko, czemu muszę przez to wszystko przechodzić?
Mijały go tymczasem luksusowe auta, w których zaaferowani biznesmeni oraz wysoko opłacani pracownicy krajowych filii licznych zachodnich korporacji zmierzali do pracy; ta, poza godziwym zarobkiem, dawała im satysfakcję oraz poczucie tworzenia nowoczesnej cywilizacji na miarę naszych czasów. On sam miał tymczasem kłopoty z wypłacalnością. Ostatnie miesiące nie należały do udanych; recesja na rynku prasowym dotknęła przede wszystkim współpracowników mediów. Zamówienia zdarzały się rzadko i zaiste trzeba się było nieźle nagimnastykować, by dorobić pisaniem do nędznej uniwersyteckiej pensji. A płatności nie lubiły czekać. Bank, w którym niegdyś, na własną zgubę, wziął konsumpcyjny kredyt, dzwonił do niego po upływie każdego terminu regulowania kolejnej raty; karta kredytowa aż paliła w portfelu. Rachunki za prąd, gaz, wodę i inne pierdoły czekały w niecierpliwej kolejce. Bywały chwile, że czuł się jak zaszczuta zwierzyna, choć przecież nie powinien żywić żalu do nikogo, bo sam wmanewrował się w tę sytuację. Ale ilekroć pomyślał o tym, że inflacja spadła do kilku procent, a ci lichwiarze wciąż naliczają trzydziestopunktowe obciążenie zobowiązań kredytowych, tylekroć z sympatią przypominał sobie o istnieniu anarchicznych teorii politycznych, które lubiły się, jak naucza historia, przeistaczać w krwawą praktykę. Kiedyś ci wszyscy krwiopijcy dostaną za to w dupę. Za tę chciwość, ufundowaną na niby prawomocnych regulacjach, za te zimne kalkulacje. Bo czuło się narastające w powietrzu Wielkie Wkurwienie. Tak, tłum ruszy kiedyś z przedmieść ku snobistycznym wieżowcom city, wybije szyby w wypieszczonych placówkach bankowych i punktach inkasa, zdemoluje bankomaty, podpali siedziby finansowego Babilonu. Zbruka i zbezcześci świątynie kapitału. I będzie pijany śpiewał na ruinach piosenkę zagłady.
Na razie jednak tłum walił do centrum, aż trudno było włączyć się do ruchu.
Zdyscyplinowane hordy zmierzały ku codziennym obowiązkom, które ci niby wyluzowani i zadowoleni funkcjonariusze wolnego rynku darzyli tak naprawdę, wbrew pozorom, najgłębszą pogardą. Optymizm i keep smiling były wyłącznie na pokaz, ale włączając kierunkowskazy, naciskając klakson, wyprzedzając wlokące się prawym pasem auta, marzyli sobie, ci wszyscy raubritterzy młodego kapitalizmu, o piątkowym popołudniu, o wieczorach w pubie, o atrakcjach czekających w weekend. Jakieś tchnienie dekadencji, maskowanej codzienną wierną służbą kapitałowi, unosiło się nad ulicami.
A tymczasem, kiedy zdesperowany naukowiec przebijał się heroicznie ku Powiślu, by mimo wszystko dotrzeć na uniwersytet z wybiciem magicznej ósmej zero zero, w innym punkcie miasta komisarz policji kryminalnej Ireneusz Nawrocki z niechęcią planował kolejny dzień służby. Początek tygodnia to piekło zwyczajności. Bo Nawrocki także lubił weekendowe, piątkowo-sobotnie dyżury, ale zupełnie z innego powodu. Zobligowany obowiązkami i wyrabiając nadgodziny przynoszące istotny dodatek do podstawowej, a skromnej pensji, jeździł sobie wtedy służbowym fordem po mieście, czując niemal, jak oblepiają go opary alkoholu wydobywające się z każdego zakamarka. Pobłażliwie obserwował zataczających się jegomościów i obojętnie słuchał załóg interwencyjnych, nawołujących się przez radio: rozróba w "Aurorze" (pobili się dwaj poeci), demolka w "Blue Cactusie" (impreza redakcji znanego magazynu ilustrowanego), zwłoki w barze Czerniakowskim (ogólna zadyma w szemranym środowisku handlarzy surowcami wtórnymi), zraniona nożem prostytutka na placu Konstytucji (czyżby żądała zbyt wygórowanego honorarium za usługi?). Coś się działo, namiętności, uwolnione po całym tygodniu harówy, wzmocnione ecstasy, kokainą lub zwykłymi, tradycyjnymi promilami, buzowały w ludziach niczym wypuszczone na wolność demony. Ale Nawrocki wcale nie palił się do akcji. Przeciwnie, przyjeżdżał na miejsce przestępstwa ostatni, zawsze znajdując jakieś usprawiedliwienie, by się nie śpieszyć. Krążenie samo w sobie dostarczało wystarczających bodźców. Cruising, jak nazwał to policyjne szwendalstwo reżyser filmu z Alem Pacino w roli głównej. Komisarz nie odczuwał potrzeby spełniania się w tych wszystkich drobnych, banalnych zdarzeniach, kiedy naruszane bywało prawo. Siedząc w zaciemnionym samochodzie podczas przerwy na zjedzenie kanapki i wypicie kawy z termosu, rozmyślał o prawdziwych śledztwach, takich jak z powieści czy filmów kryminalnych. Zbrodnia jako zagadka dla intelektu, szarada, szachowa rozgrywka - oto prawdziwa podnieta!
Tak więc człapiący po mieszkaniu Nawrocki, pełen zniechęcenia w ten konkretny poniedziałkowy, jesienny poranek, jeszcze nie wiedział, że dostanie wreszcie to, czego mu potrzeba. Nie wiedział też, jak bardzo się rozczaruje. Nie wiedział, jaką nową porażkę szykuje mu los, ten kapryśny armator wszystkich naszych rejsów.
Żona Nawrockiego jeszcze spała, gdy on przyrządzał sobie kawę. Śniadanie zje w Komendzie, kupi kanapki w barku (po 3 zł sztuka). Drogo, ale trudno. O 6.30 nie był w stanie przełknąć ani kęsa, a jakakolwiek myśl o jedzeniu wiązała się z natychmiastowymi sensacjami żołądka.
Małgorzata była w ciąży, lekarz rodzinny dawał jej kolejne zwolnienia z pracy. Mogła więc spać, ile wlezie. Nawrocki, czekając, aż ekspres wypluje ostatnie krople, patrzył na nią, opatuloną kołdrą aż po szyję, nie bardzo wiedząc, co myśleć o tym wszystkim. Tyle lat mieli kłopoty z ciążą, aż tu nagle taka niespodzianka! Zupełnie znikąd. Udało się, bo tak chciał los. Ślepy traf, który rządzi życiem, a którego wyroki tak bardzo pragniemy racjonalizować lub - przeciwnie - idealizować. Nawrocki niespodziewanie odkrył w sobie nagłą obojętność. Tyle się naczekał, tyle się namyślał, nazastanawiał, a nawet - tak, tak - napłakał w chwilach samotności - że czuł się teraz wypalony, wydrążony i pozbawiony jakiegokolwiek entuzjazmu. Na razie nie wiedział, jak bardzo ruszy go cała ta sprawa. Jak będzie latał po oddziale położniczym w poszukiwaniu pielęgniarki, jak wypstryka w amoku, niczym jakiś popieprzony Japończyk, cały film, robiąc zdjęcia Jaśkowi, jeszcze umazanemu śluzem i wrzeszczącemu. Jak poczuje ucisk w gardle, kiedy podadzą mu Jaśka do potrzymania, gdy tymczasem lekarz zszywać będzie Małgorzatę. Tak, to wszystko było wciąż przed nim. Nowe życie, inny świat, którego tak bardzo pragnął przez te wszystkie lata daremnego, zdawałoby się, oczekiwania. Ale na razie był mglisty poranek, dzień zapowiadał się rutynowo i Nawrocki ze zwykłą niechęcią łykał gorzką kawę.
Niechęć tę pogłębiały myśli o stanie umysłu małżonki. Irek czytał, co prawda, rozmaite uczone poradniki na temat przebiegu ciąży i wiedział, że wiąże się ona często z ekscentrycznymi zachciankami natury kulinarnej (zdarzyło się już nieraz, że zasuwał nocą do sklepu po korniszony lub maślankę), był więc przygotowany na - jak sam sądził - wszelkie możliwe dziwactwa, ale nie przewidział jednak tego, co nastąpiło. Po pierwsze, Małgorzata zaczęła pasjami słuchać Radia Maryja. Po drugie, kiedy tylko wracał do domu, zazwyczaj wykończony po dyżurze lub śledztwie, kazała mu słuchać wieczornych modlitw lub antenowej publicystyki. A wreszcie, po trzecie, zdawała się ulegać indoktrynacji.
- Zobaczysz - mówiła - że w tej twojej Unii (Nawrocki był wstrzemięźliwym zwolennikiem akcesji) każą nam po śmierci oddawać Niemcom organy do przeszczepu. Wszystko już jest uzgodnione. Ludziom się tego nie mówi, boby protestowali, ale odpowiednie dokumenty zostały podpisane. Chcesz czy nie chcesz, twoje nerki lub serce pojadą na Zachód. Tak będzie. Nasze dzieci będą umierać, a tam tłuste Szwaby, których ojcowie najechali polską ziemię podczas wojny, będą teraz przedłużać sobie życie naszym kosztem.
Trudno było polemizować z tak stanowczymi poglądami. Ilekroć więc Nawrocki wracał z pracy, już otwierając drzwi, myślał, jakąż to rewelacją podzieli się z nim dziś Małgorzata. I zazwyczaj nie bywał rozczarowany.
- Słuchaj - perorowała na przykład - jest pomysł, by zgłosić taką oto inicjatywę ustawodawczą w Sejmie: w miejscowościach, gdzie są sanktuaria, nie wolno sprzedawać alkoholu. W ogóle, rozumiesz? Wiesz, bo to niegodne, żeby pijacy łazili przy cudownym obrazie czy figurze. Tam jest tyle młodzieży, są ludzie starsi. Jakie to niewychowawcze! Co oni wtedy myślą? Przecież to obraza dla świętego miejsca!
Nawrocki kiwał wówczas głową, bo co miał odpowiedzieć? Wymykał się do kuchni, by zrobić sobie wieczorną herbatę, albo zamykał się w łazience, udając, że przypiliła go nagła potrzeba fizjologiczna. Ale zdawał sobie sprawę, że ma problem. Dziwactwa Małgorzaty pogłębiały się. Dzwoniła do radia i brała udział w jakichś pogwarkach na antenie, których tematem było zdziczenie społeczeństwa albo żydomasoński charakter władz Unii Europejskiej. Co gorsza, bez żenady przedstawiała się nazwiskiem, i Nawrocki wciąż modlił się w myślach, by nic z tych ekscesów jego żony nie dotarło do uszu przełożonych. Na całe szczęście wyższa kadra policyjna miała piękne peerelowskie korzenie, więc zapewne Radio Maryja wśród tej grupy społecznej nie było zbyt licznie słuchane. Co też pozwalało komisarzowi wieść względnie spokojne życie zawodowe. A media komercyjne, jeśli już, to ekscytowały się skandalami wstrząsającymi wciąż od pewnego czasu Komendą Stołeczną. Prasa i telewizja interesowały się przede wszystkim nieudolnością kolegów Nawrockiego, tropiły korupcję (a ta na dobre gościła w gabinetach i korytarzach Komendy), wywlekając na światło dzienne rozmaite przekręty i przewałki. Dlatego Nawrocki czuł się w miarę bezpieczny. Jego życie było jednym wielkim chaosem, o tak, ale kilku spraw pilnował z godnym podziwu uporem.
Dawno temu, zaraz po studiach, kiedy wiedziony nie do końca uświadamianą potrzebą, odpowiadając na ogłoszenie prasowe, zgłosił się do pracy we właśnie przepoczwarzającej się w policję państwową Milicji Obywatelskiej i po zakończonej sukcesem weryfikacji oraz testach sprawnościowo-psychologicznych został przyjęty na kurs przysposabiający, postanowił sobie, że będzie się trzymał z daleka od wszystkich ciemnych i pachnących na milę nieuczciwością propozycji. Co więcej, udało mu się - jak dotąd - dochować wierności własnemu postanowieniu. Zyskał z czasem wśród kumpli przydomek "niezłomnego". Przełożeni, oczywiście, także o tym wiedzieli. Co jak co, ale Nawrocki uwikłany w jakieś brudne sprawki - to wydawało się rzeczą nieprawdopodobną.
- To tak, wyobrażasz sobie, jakby Leszek Kołakowski został przyłapany w bramie na gwałceniu staruszki - dowcipkował Zbynio, kumpel Nawrockiego, z którym czasem komisarz wpadał na piwo po stresujących zajęciach. - Chłopie, ty uchodzisz za niewinnego jak dziewica. I tak trzymaj, bo jakieś zasady muszą w końcu być, nie?
Ale święci wśród grzeszników natychmiast budzą podejrzenie. Komisarz zdawał sobie sprawę z tego, że był wielokrotnie prześwietlany przez wydział wewnętrzny, że przyglądano mu się z sumienną drobiazgowością, która cechowała zawsze, od początku świata, wszystkich inkwizytorów. Przesłuchiwano go, a właściwie rozmawiano z nim, niby dobrodusznie, wiele razy. I zawsze wychodził z tego młyna zwycięsko. Fakt, że nie dał nikomu najmniejszego powodu do podejrzeń, napawał go dumą w tych nielicznych momentach satysfakcji, kiedy czytał w gazetach o kolejnym upadku swoich kolegów po fachu. Wprawdzie satysfakcja ta w żadnej mierze nie przekładała się na sytuację materialną jego rodziny, ale...
No właśnie, "ale". To "ale" pozwalało mu rano wstawać bez poczucia niesmaku, bez nienawiści do siebie samego. Wiedział też, że uchodzi za dziwaka, że z jednej strony spełnia rolę wyrzutu sumienia, z drugiej alibi dla bardziej podatnych na uroki życia kolegów. W jakiś sposób jego naiwna uczciwość dawała bowiem usprawiedliwienie tym, którzy okazywali się w chwili próby słabsi od niego i ulegali pokusie. Słyszał nawet o tym, że chłopaki z drogówki wożą jego fotografię w radiowozach, żeby w razie czego nie wygłupić się ze słynną propozycją "innego" załatwienia sprawy ewentualnego wykroczenia niż wymierzenie kary w postaci mandatu. Ta wewnątrzresortowa sława była, co prawda, powodem do chluby i nie można powiedzieć, że Nawrocki tak całkiem obojętnie traktował liczne przejawy szacunku, a nawet podziwu, jednak tylko on naprawdę wiedział, na jak kruchych podstawach została owa sława ufundowana. Wyniosła uczciwość Irka, który nie zadowalał się propozycjami drobnych łapówek, ległaby natychmiast w gruzach, jak podejrzewał sam zainteresowany, gdyby tylko stanął wobec perspektywy nielegalnego naprawdę wysokiego zarobku. Bo to, co prawdziwie chroniło Nawrockiego przed korupcją, wywodziło się z jego poczucia wyższości, a nawet, rzec by można, arystokratyczności. Komisarz brzydził się bowiem powszedniością i trywialnym banałem. Jeździł starym samochodem (koledzy, zwłaszcza ci współpracujący z gangami, mieli o dwa nieba lepsze), mieszkał w blokowej norze, ubierał się w supermarketach, palił tani tytoń (choć preferował fajkę i nigdy nie przekonał się do papierosów, co zaowocowało ironicznym w swej wymowie przydomkiem "Sherlock", nadanym mu przez współpracowników), jadał w wietnamskich barach, ale jednocześnie wciąż piastował marzenie o sobie samym lepszym, niż był naprawdę. Co znaczy, że widział się księciem pośród plebsu. Wybranym pośród skazanych na zwyczajność. To, czego natomiast Nawrocki nie wiedział, to to, że jest w istocie mizantropem. A mizantrop, choćby przypadła mu w udziale rola everymana, więc każdego z nas, zawsze marzy o inności i odrzuca pokusę bycia takim samym jak wszyscy, gdyż ma poczucie swej wyjątkowości. W jego wypadku oznaczało to, że brzydził się zwykłymi łapówkami, bo uwłaczały jego poczuciu własnej godności. Ale nie było powiedziane, że nie uległby prawdziwie wielkiej pokusie. Jego szczęście, że żadna taka perspektywa nie rysowała się na horyzoncie. "Na razie", podpowiadał mu głos wewnętrzny, obijający się neurotycznym echem o czaszkę w chwilach rozrzedzonych alkoholem. Bo przecież lubił sobie wypić, kiedy nikt, poza najbliższą rodziną, nie widział jego upodlenia. Jednym słowem, Nawrocki pozostawał panem swojej słabości, gdyż do tej pory nie zaproponowano mu czegoś, z czego odrzuceniem nie umiałby sobie poradzić. Bo jeśli już ulec, to na całego. Zaryzykować pełną stawkę, pójść va banque. Dać się porwać ciemnej stronie mocy.
Z tej swojej odrębności czerpał wszakże Nawrocki pewne korzyści. Po pierwsze - posiadł przywilej pracy w samotności, gdyż przełożeni, po kilku nieudanych wcześniejszych próbach, poniechali myśli o przydzieleniu mu partnera, choć praca w dwuosobowych zespołach stanowiła skądinąd normę w firmie. Po drugie - dostał własny gabinet, co już samo w sobie było niebywałym wydarzeniem w kontekście niewiarygodnie skromnych możliwości lokalowych Komendy. Nawet jeśli miano gabinetu nosiła ciemna klitka, niegdyś zagracona przez sprzęt techniczny, używany w pracy operacyjnej przez esbeków. W tym małym pokoiku mieściło się całe jego królestwo. Tony papierzysk, notatki, fotografie dotyczące spraw niechcianych, nierozwiązanych, zaniechanych. Cała kronika policyjnych porażek i sukcesów, o jakie się otarł. Komisarz wierzył bowiem w siłę archiwum. Niczego więc nie wyrzucał.
I bywał też kimś w rodzaju konsultanta, jakby niezależnego bibliotekarza dla kolegów, którzy wiedzieli, a wiedzieli niemal wszyscy, o tej jego skłonności. Kiedy śledztwa się ślimaczyły, zbaczały w ślepe zaułki, stawały w miejscu - pukano do drzwi Nawrockiego i zwierzano mu się z kłopotów. A on szukał potem długo, szperał w papierzyskach i zdarzało się, że w końcu coś tam wygrzebywał. Jakiś duperelny, zdawałoby się, szczegół, jakąś marginalną relację, jakiś pokiereszowany przez czas i ludzkie zapomnienie protokół. Nie znajdował rozwiązań - znajdował inspirację, która pomagała kolegom ruszyć z miejsca. I choć równie często nie udawało mu się pomóc - to ceniono go i za to: za szansę, którą stanowił, za nadzieję, jaką dawał. "Idź do Nawrockiego, może coś wynajdzie" - mawiali do zmaltretowanych nieudanym śledztwem policjantów ich szefowie, i to było właśnie owo ostateczne wyjście, gdy już wszystko zawiodło.
A wreszcie - po trzecie - nikt Nawrockiemu nie zawracał głowy zwyczajnymi śledztwami, takimi, które wymagają pracy kolektywu, żmudnych i wielotygodniowych czynności operacyjnych. Nie wciągano go też do wszystkich głośnych spraw związanych z gangami, uparcie nazywanymi przez media mafią - z jednego podstawowego, jak myślał o tym sam Nawrocki, powodu. Brakowało mu bowiem przebojowości, której fundamentem była twardość, a może nawet pewna brutalność charakteru. Już dawno zauważył, a nawet zdziwił się nieco tą obserwacją, że jego liczni koledzy, zwłaszcza ci, którzy mieli do czynienia z prawdziwymi gangsterami, są w gruncie rzeczy do nich podobni. Te same skóry i komóry, a nierzadko i fury podobne. Po obu stronach barykady stali w istocie bad guys, tyle że mieli różnych pryncypałów. Ale może tak trzeba, tłumaczył sobie Nawrocki, zwłaszcza wtedy, gdy spotykał w gabinetach czy na korytarzach kolejnych nowych, których brał początkowo za klientów firmy, a nie za kolegów. Na wilki wysyła się w końcu nie mniej dzikie z natury, lecz szkolone psy.
Traktując go w szczególny sposób, przydzielano Nawrockiemu takie sprawy, o których w Komendzie mówiło się, że są zakręcone albo, dosadniej - popieprzone - i nie wiadomo, jak je ugryźć. Jeśli i on sobie nie radził i śledztwo w końcu umarzano, dostawał obowiązkowy, acz w gruncie rzeczy nieszkodliwy, ochrzan od przełożonych oraz kolejną teczkę do przejrzenia. Jeśli natomiast jego samodzielna praca przynosiła efekty, splendory spadały na kolektyw.
W pewnym sensie Nawrocki osiągnął więc to, o czym skrycie marzył: elitarność. Szanowano go na swój sposób, bo był człowiekiem do specjalnych poruczeń, choć oczywiście śmiano się również z niego i jego dziwactw. Wiedział o tym, ale jednocześnie radził z tym sobie znakomicie. Ba, nawet dyskontował tę swoją wyjątkową pozycję. Chociażby strojem. Nie nosił ani skór, ani wyleniałych marynarek czy myszowatych wiatrówek, nie golił się na łyso ani też nie pozwalał sobie na rozczochraną czuprynę. Lubił natomiast dżinsy i kolorowe koszule, na które przełożeni patrzyli, co prawda, spod oka, ale jednocześnie powstrzymywali się zazwyczaj od komentarza.
Komisarz został z czasem agentem systemu do spraw pozasystemowych, choć Bóg jeden wiedział, ile kosztowało go to trudu, wyrzeczeń - polegających na wielokrotnych próbach dostosowania się - frustracji i gorzkich doświadczeń. Najpierw postanowił żyć jak inni z jego środowiska, ale kiepsko mu to wychodziło. Aż w końcu, bliski rezygnacji, złożył nawet prośbę o zwolnienie ze służby. Wtedy wezwał go Generał. W nowych czasach miał oczywiście zupełnie inny stopień, ale nikt nie nazywał go inaczej niż właśnie Generałem. Był wysoki, szpakowaty i nie wyglądał zupełnie na swój przedemerytalny wiek. Powiadano, że zaczynał w komandosach, później podobno się wycofał, skończył studia, a nawet doktoryzował się z biologii. Plotka głosiła, że brał również udział w supertajnym programie budowy polskiej broni biologicznej w peerelowskich czasach za panowania Edwarda Gierka i jego ekipy, co to miała ambicje mocarstwowe. Aż w końcu na własną prośbę, jak wieść niosła, wylądował w milicji w pionie dochodzeniowo-śledczym i tam dosłużył się najwyższych odznaczeń oraz generalskich szlifów. Co tu dużo mówić, był legendą. Co prawda, zbierającą się powoli do odejścia ze służby, ale wciąż wpływową.
- Panie kolego - od tego retorycznego zwrotu rozpoczął Generał spotkanie z Nawrockim, który stał wyprężony jak struna przed biurkiem o powierzchni niewiele mniejszej niż pokład średniej klasy lotniskowca. - No więc, panie kolego, co to za ekscentryzmy pan mi tu wyprawiasz? - zadał pytanie tonem łagodnego upomnienia.
Generał był zawsze uprzejmy i - powiadano - że nawet jak opieprzał, to delikwent miał wrażenie, że odbywa właśnie audiencję u jakiegoś nadzwyczaj subtelnego arystokraty. Nigdy też nie uznawał rang i zwracał się do wszystkich - obojętne: swoich zastępców czy kierowców - w ten sam sposób. Zdarzało mu się używać skomplikowanego słownictwa, czym na ogół wprawiał swych rozmówców w chwilowy popłoch, dbał o poprawność składni, nie przeklinał. Cud, że się taki w milicji uchował, mówiono. Ale Generał miał wyniki, choć nigdy nie pchał się na afisz. Swoje sukcesy pozwalał przedstawiać innym, sam pozostając szarą eminencją. Najwyraźniej ta rola całkowicie go satysfakcjonowała. Co więcej, podobno nigdy nie był członkiem partii w PRL-u, która to okoliczność długo blokowała mu awans.
- Ale widać, że nawet komuna ceniła niektórych fachowców. Zwłaszcza tych, których praca podnosiła jej współczynnik zaufania społecznego - drwił sobie Patryk, kolega Nawrockiego, przed samym spotkaniem z Generałem, kiedy komisarz, wiedząc o tym, że jego znajomy miał niegdyś do czynienia z tajemniczym przełożonym, wyciągnął go na zwierzenia przy piwie. - Stary - ciągnął Patryk - to jest gość z innego świata. Pojmujesz, on jak mówi, to jakbyś jakiegoś profesora słuchał, a jednocześnie wszystko jest jasne jak słońce. Żadnej mowy-trawy, żadnego: "podjęliśmy intensywne działania, mające na celu ustalenie rzeczywistej roli podejrzanego we wspomnianej aferze" - i tak dalej. Po prostu konkrety i tyle. On, rozumiesz, powinien dawno zostać ministrem, a nie uganiać się za złodziejaszkami, choćby i tymi na dużą skalę. Ale ministrem to on już nie zostanie. Za inteligentny jest. I niedzisiejszy - zakończył swą opowieść Patryk, wychylając do dna trzecie duże piwo.
To było w sumie pocieszające, ale kiedy komisarz stanął w końcu samotnie przed obliczem nadinspektora, w łeb wzięły wszystkie uprzednie plany rozegrania tej rozmowy.
- Panie generale, przepraszam, to jest, panie nadinspektorze - zająknął się z miejsca.
- Panie kolego - wpadł mu w słowo Generał - tylko bez tej tytulatury, to takie żenujące. Proszę mówić zwyczajnie.
- No więc, panie ge... to jest, chciałem powiedzieć - Nawrocki zdecydował się w desperacji na najprostsze rozwiązanie - proszę pana. Ja, no, ja... już nie mogę - wypalił wreszcie w przypływie ostatecznej beznadziei.
- A, pan kolega, znaczy się, przemęczony? To normalne, normalne, szczególnie gdy robota nie pozwala złapać dystansu. Tak, to normalne - powtórzył nadinspektor z lekkim zaśpiewem, przeglądając jednocześnie teczkę osobową komisarza. - Kolego Nawrocki - ciągnął dalej, jak gdyby nigdy nic - ja pana obserwuję od dłuższego czasu, czytałem pańskie papiery, a zwłaszcza pańskie testy zwróciły moją uwagę. Pan jak najbardziej nadajesz się do tej pracy, tylko panu jeszcze nikt o tym dobitnie i jednoznacznie nie powiedział. Prawda? No, widzi pan. No to ja panu mówię...
- Panie ge...
- Proszę, kolego Nawrocki. Ja już wszystko wiem. - Generał odłożył teczkę i łypnął na komisarza spod przymrużonych powiek. - Zrobimy tak. Na razie pojedziesz pan do Ameryki, żeby zobaczyć, jak to się naprawdę robi, to znaczy, jak ta nasza robota powinna wyglądać. Znasz pan angielski. To plus. Rozejrzysz się pan, odpoczniesz trochę. Potem, po powrocie, znajdziemy panu miejsce odpowiednie do jego kwalifikacji i uzdolnień, gwarantuję to. Będziesz pan zadowolony. To co, zgoda? - Generał zakończył w takim tonie, jakby oferował Nawrockiemu niezobowiązujący wyjazd na atrakcyjną wycieczkę krajoznawczą.
Podróż do Ameryki okazała się dla Nawrockiego czymś zupełnie przełomowym. Generał rzeczywiście załatwił wszystko tak, jak obiecał. A jednocześnie bardzo dyskretnie. Staż w Los Angeles Police Department miał w sobie coś ze snu. Praca, tak, oczywiście, a jednocześnie luz i autentyczna życzliwość kolegów po drugiej stronie Atlantyku. I wciąż opowiadano mu anegdoty o tym najbardziej zwariowanym z miast Ameryki. Ekscentrycy, świrusy, artyści - oraz ich fobie - to był temat wieczornych pogawędek w barze. Bo też czym innym można mu było zaimponować? No tak, jak się nie ma prawdziwej historii w zanadrzu, trzeba sobie radzić w inny sposób. Wywieziono kiedyś całą grupę środkowoeuropejskich policjantów na zwiedzanie domu Jeffersona. To tak jakby u nas zawieźć gości do katedry wawelskiej. Jefferson to legenda Ameryki, jeden z ojców założycieli, twórca, czy raczej współtwórca, amerykańskiego porządku, powtarzał sobie Nawrocki słowa przewodnika. A dom-muzeum? "E tam, taka sobie leśniczówka" - ocenił po wszystkim Staszek, podinspektor z jakiejś dziury w Małopolsce, który trafił na staż tylko dlatego, że znał język. Co skłoniło Nawrockiego do refleksji, że w Ameryce wielkie rzeczy w europejskim rozumieniu okazują się małe, a małe niespodziewanie jawią się wielkimi. Ale ogólnie: rozczarowanie i tyle. Jednakże Los Angeles naprawdę zafascynowało Nawrockiego. Tak brzydkiego miasta nie widział nawet na Śląsku, choć w rankingu mogłyby startować Żory albo Rybnik. Los Angeles przebijało jednak wszystkie inne propozycje absolutną depersonalizacją przestrzeni. To była prawdziwa współczesna Sodoma, gdzie próżno szukać pokrewnej ludzkiej duszy. Ale LA miało i swoje zakamarki, tajemne miejsca, w których koncentrowały się na chwilę ludzkie namiętności.
W policyjnych barach, dokąd po dniu obfitującym w rozmaite szkolenia zabierano ich wieczorami - a raczej późną nocą - skrzyło się życie. W rozmowach, spięciach, dialogach. Szczegóły dawnych śledztw, niuanse rozpraw sądowych, niczym z powieści Johna Grishama, jaśniały wtedy dawnym blaskiem, a barowe rozmowy, pełne chełpliwych przechwałek i tyleż stereotypowych, co katalizowanych alkoholem zwierzeń, rozwiewały i upiększały nudę żmudnej, zwyczajnej roboty. Nawrocki starał się zawsze siadać w pobliżu Steve’a, jednego z oficerów tamtejszej dochodzeniówki. Steve miał w rodzinie przodków ze Starego Kontynentu, o czym nigdy nie omieszkał wspomnieć nawet w chwilach najbardziej rozkręconej libacji. Był to w końcu powód do poczucia wyższości w tym doprawdy zakompleksionym, acz nadrabiającym minami towarzystwie. A na dodatek jakaś część nie do końca zagłuszonej wschodnioeuropejskiej natury prowokowała Steve’a wciąż, by sprostać tradycji gawędy, uprawianej w zamierzchłych wiekach na dalekich rubieżach Starej Ziemi, kiedy nikt, nawet najbardziej zakręcony futurysta, nie marzył jeszcze o powstaniu telewizji likwidującej komunikację słowną między ludźmi. Steve gadał i opowiadał jak nakręcony - i to było piękne, bo przypominało Nawrockiemu czasy, kiedy w jego ojczyźnie nikt się nie śpieszył, a dobra anegdota więcej była warta niż wszystko inne.
- Słuchajcie, mieszkamy w zupełnie zwariowanym miejscu - zagajał Steve nad dopiero co rozpoczętym kuflem piwa. - Zrozumiałem to wówczas, gdy prowadziłem jedną taką sprawę, w którą uwikłany był pewien weterynarz, specjalizujący się w leczeniu ryb. Wyobrażacie sobie, on się zajmował tylko rybami, takimi z akwarium, i, co więcej, potrafił się z tego utrzymać. Na dodatek łączył weterynarię z psychoterapią zwierzęcą i jakimś tam porąbanym milionerom potrafił wmówić, że ich ryba czy ryby potrzebują masażu relaksacyjnego, który zresztą wykonywał od razu na miejscu. Wiecie, ile facet wyciągał rocznie? Ponad trzysta tysięcy! Tak, pewnie nigdzie poza LA taki numer by nie przeszedł, nawet w Nowym Jorku. Oni tam jednak nie do końca jeszcze odlecieli - mówił, zaśmiewając się, Steve.
A wtedy właśnie Nawrocki, rozglądając się uważnie na boki, bo chłonął Amerykę wszystkimi zmysłami, zamyślał się nad zdroworozsądkowością swoich gospodarzy. Amerykańscy policjanci przerażali go zimnym profesjonalizmem, który przejawiał się w konsekwentnym przestrzeganiu bardzo zresztą racjonalnych - w przeciwieństwie do polskich - procedur. Do it always by the book - powtarzali do znudzenia, co po naszemu znaczy: "Trzymaj się zawsze litery prawa". Albo lepiej: "Nigdy nie przekraczaj regulaminu". Żadnych Brudnych Harrych, żadnego Eddiego Murphy’ego w roli niesfornego gliniarza z Beverly Hills, z trudem, ale jednak tolerowanego, przez swoich przełożonych. To tylko w filmie i powieściach zdarzały się w dochodzeniówce jakieś wyrazistsze osobowości. Naprawdę istniał jedynie wielki, funkcjonujący według nudnych, raz na zawsze określonych reguł mechanizm. Żmudna robota śledcza, doprowadzona do skutecznej perfekcji, kończąca się zazwyczaj pełnymi satysfakcji chwilami na sali sądowej. I żadnego poczucia niespełnienia, albo może to był tylko teatr dla nich, ubogich krewnych z zapadłych rejonów Europy, dopiero docierających się w prawdziwej policyjnej robocie.
Ale właśnie tam, w Ameryce, Nawrocki zrozumiał pewną smutną rzecz i uświadomił sobie do końca własne położenie. Z jednej strony zazdrościł tutejszej policji skomputeryzowanych laboratoriów, pracujących pełną parą całą dobę i przesyłających wyniki analiz w terminach, o których w rodzinnym kraju mógłby tylko pomarzyć, sprzętu, warunków pracy, przywilejów zawodowych. No i pensji, która może i zawrotna wedle amerykańskich standardów nie była, ale i tak pozwalała na życie, jakie na miejscu, w ojczyźnie, było zupełnie nieosiągalne. Z drugiej strony, im bardziej otwierała się przed nim wiedza o tym przeraźliwie skutecznym, choć - jak wszystkie - niewolnym od pomyłek systemie, im uważniej przypatrywał się swoim amerykańskim kolegom po fachu, rejestrując ich zabójczą dla przestępczości metodyczność, tym bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że minął się ze swoim czasem. On miał w sobie coś - przynajmniej chciał dla własnego dobrego samopoczucia wierzyć w to, że ma - z pioniera, prekursora, artysty. Jak Sherlock Holmes, wyprzedzający swój wiek - może więc kumple czuli to instynktownie i w końcu nie tylko z powodu skłonności do fajki nadali mu taką właśnie ksywkę? Jak Sherlock Holmes - archaiczny samotny łowca z dawnych lat. Nikt nigdy nie powiedział Irkowi, że w istocie jest on romantykiem, że przynależy do czasu żaglowców i doskonalonej maszyny parowej. Marzenia Nawrockiego o wielkich dochodzeniach, podczas których mógłby polegać przede wszystkim na własnej intuicji i inteligencji, były staroświeckie i nieżyciowe.
Ameryka nauczyła go wszakże jednego, a mianowicie że sukces jest dzieckiem pragmatycznego myślenia i lodowato beznamiętnego wykonywania obowiązków służbowych. Ameryka uświadomiła mu także jeszcze jeden istotny aspekt jego pracy. Otóż solidne rzemiosło ceniono tam bardziej od rozwichrzonej, choćby i naznaczonej geniuszem, improwizacji. Bo w konsekwencji dawało to - statystycznie - lepsze efekty, a efektywność jest w końcu tym, co się w każdej robocie, nawet tej z pozoru niewymiernej, liczy przede wszystkim.
Komisarz uświadomił sobie jeszcze jedną ważną kwestię podczas pobytu na Nowej Ziemi. Zobaczył oto, do czego zdolna jest ludzka wyobraźnia, jeśli tylko pozwolić jej na nieskrępowaną twórczość. Ta "twórczość" w wymiarze, który go zawodowo interesował, przybierała, rzecz jasna, mroczne oblicze, i bywały chwile, że Nawrockiemu włos stawał dęba na głowie, gdy studiowali podczas zajęć jakieś konkretne przypadki (case studies, tak to tu nazywano) seryjnych morderstw lub nieumotywowanych, bo będących efektem dysfunkcji psychicznych, zbrodni. To właśnie wtedy Nawrocki uzmysłowił sobie banalną oczywistość, że wolność ma swoją ciemną stronę, wyzwala bowiem z człowieka nie tylko to, co dobre, twórcze i przedsiębiorcze. A komisarz, jako romantyk będący, co prawda, zarazem mizantropem - chociaż jak to ujmował Mirek Zomowiec w swym czerniakowskim dialekcie, "jedno drugiemu nie wyklucza" - wierzył naiwnie w głębi duszy właśnie w pozytywne cechy ludzkiej osobowości. Ale wolność jest w końcu jedynie szlachetniejszą siostrą chaosu i nie wszyscy potrafią to zrozumieć.
Wracał więc z Ameryki z przeświadczeniem, że najbliższe lata przyniosą w jego kraju eskalację przestępczości, zwłaszcza tej, której obawiał się najbardziej i która najbardziej go niepokoiła. Przewidywał w przebłyskach kasandrycznych wizji, które, jeśliby tylko mógł, oddaliłby chętnie jak najszybciej od siebie, że łacińska sentencja homo homini lupus est (nauczono go ongiś w szkole) objawi w niedalekiej przyszłości nowe, zatrważające oblicze, któremu nawet on, zatwardziały w bojach z ludzką niegodziwością, choć wciąż na swój sposób naiwny, być może nie będzie umiał sprostać. I potem, po powrocie zza oceanu, zawsze wracał do tych amerykańskich spostrzeżeń, ilekroć newsy wyczytane w gazetach lub obejrzane w telewizji zdawały się potwierdzać jego pesymistyczne prognozy.
Proszę bardzo, ostatni przykład, sprzed dwóch dni. Prosto z pieca, jeszcze świeżutki. Dwóch młodzieńców zakatowało dwudziestoletnią dziewczynę w pociągu, żeby uczcić - tak jest! - urodziny jednego z nich. Nawrocki w podobnych sytuacjach reagował na dwa sposoby: albo nagłym zniechęceniem i chwilową depresją, albo - przeciwnie - agresją, którą starał się zawsze wyładować, zanim przystąpił do, jak się to pięknie określało w oficjalnym języku procedur policyjnych - "obowiązków służbowych". Ale po przetrawieniu każdej takiej informacji coś w nim narastało, czuł to. I z czasem coraz bardziej się bał. Nie, nie o siebie, nie o realia roboty. Bał się swoich potencjalnych reakcji, bał się, że któregoś dnia zwyczajnie nie zdzierży i że będzie to dzień ostateczny. Dzień absolutnej i prawdziwie demonicznej katastrofy, w którym nie sprzeniewierzy, co prawda, własnej uczciwości, ale sprzeniewierzy się prawu i uczyni coś, czego uczynić żaden człowiek mający się za przyzwoitego nie powinien. Cokolwiek miałoby to znaczyć, powtarzał sobie w myślach, bo to sformułowanie podobało mu się, niosąc ze sobą apokaliptyczny wydźwięk...
Ciekawe, że zarówno Krzysztofowi, jak i komisarzowi przyszła tego mglistego jesiennego poranka podobna myśl do głowy. To znaczy myśl z podobnym lejtmotywem: zagłady, upadku końca. Cokolwiek miałoby to znaczyć, powtórzmy w tym miejscu za Nawrockim. My jednak wiemy więcej i możemy zdradzić, że owa niezwykła synchroniczność - czy może raczej podobieństwo - spostrzeżeń nie skończyła się jedynie na odnotowaniu tego zadziwiającego paralelizmu. Bo los miał oto doprowadzić do spotkania - ujawnijmy: po latach - obu podobnie tego dnia odczuwających bohaterów.
Aha, bo gotowi bylibyśmy zapomnieć. Po powrocie z Ameryki komisarz Nawrocki odczuł jeszcze jeden raz opiekuńczy nadzór Generała. Wezwany przez bezpośredniego szefa, który lekko skrzywiony, zakomunikował mu najnowszą decyzję, usłyszał, że otrzymuje samodzielne stanowisko dochodzeniowe, że zajmie się teraz sprawami nieszablonowymi i będzie rozliczany inaczej niż reszta oficerów.
Od tej pory rutyną Nawrockiego stała się niecodzienność. Po kilku latach pracy przestał się właściwie dziwić czemukolwiek. Jego znudzony głos, potwierdzający otrzymanie każdej, choćby i najbardziej nieprawdopodobnie brzmiącej wiadomości o kolejnej sprawie, przyjmowany był po drugiej stronie słuchawki ze zdumieniem i niedowierzaniem, ale komisarza już naprawdę mało co ruszało. I tak samo, ze spokojem, odebrał tego jesiennego poranka telefon, który wytrącił go z zamyślenia nad kawą.

Początek rozgrywki
Rozdział, w którym asystujemy komisarzowi
w żmudnych czynnościach śledztwa, a także jesteśmy świadkami pewnego niezwykłego spotkania po latach

Nawrocki otworzył drzwi swej wysłużonej ascony, którą niegdyś kupił w dobrej wierze od pewnego notowanego w policyjnych kartotekach handlarza używanymi samochodami, sprowadzanymi z Niemiec (o czym dowiedział się grubo po fakcie), uruchomił brzęczącego, zaniedbanego diesla i ruszył na spotkanie nieuchronnego. Nie czuł żadnego podniecenia, raczej zmęczenie, mimo że dzień właściwie się jeszcze nie rozpoczął. No i te korki! Serdecznie ich nienawidził! Zawsze w takich chwilach przypominał sobie film "Upadek" z Michaelem Douglasem. Tak. Zatrzymać znienacka wóz na lewym pasie. Wyjść i rozpieprzyć wszystko w drobny mak, dać upust agresji. Kto ci się sprzeciwi - ten wróg. Zabawić się w bohatera komputerowej gry. Naciskać spust z uczuciem satysfakcji i nasycenia. Niszczyć, cokolwiek na drodze. Brać odwet.
Tymczasem turlał się posłusznie w sznurze aut tarasujących Puławską, byle do Dolnej, byle do zjazdu. Potem w dół, minąć piekielne skrzyżowanie z Sobieskiego, skręt w lewo, Belwederską w górę (gaz do dechy), obok Ministerstwa Obrony Narodowej, obok URM-u. Teraz w zamkniętą dla normalnego ruchu Agrykolę. Ale on przecież nie był zwykłym użytkownikiem dróg - wrzucił więc koguta na dach i jazda, na łeb na szyję, obok uskakujących mu spod kół spacerowiczów na tej emeryckiej ulicy. Dalej Myśliwiecka - po prawej stadion Legii, po lewej gmach III Programu Polskiego Radia, szybko, do ronda pod huczącym wiaduktem Trasy Łazienkowskiej.
Przeskoczył czerwone światło, rozglądając się na boki, i wpadł w kanion Rozbrat. Tu było zielono i pusto aż do siedziby jednej z partii politycznych, która rozsiadła się w obszernym budynku, niemal przy samym szpitalu przy Czerniakowskiej oraz skrzyżowaniu z Książęcą. Po namyśle postanowił nie wyłączać koguta i gnał na złamanie karku, slalomem. Taka szaleńcza jazda dawała mu trochę przyjemności. Gdy go pytano, dlaczego został policjantem, odpowiadał, że zawsze chciał rajdować po mieście bez konieczności przestrzegania przepisów. Nauczył się tego wyjaśnienia od Jarka, nauczyciela w publicznej szkole podstawowej, który zwykł tłumaczyć swój wybór nędznie płatnego zawodu przysługującą na przejazdy kolejowe zniżką. Równie absurdalne, co prawdziwe. Więc jeszcze tylko esowaty odcinek Kruczkowskiego, skrzyżowanie Tamki z ulicą Topiel, gdzie zawsze ębił się tłum samochodów, Oboźną pod górę - i już był na miejscu. Wjechał na chodnik, zatrzymał wóz i po chwili namysłu zrezygnował z wykupienia biletu w parkomacie. Jest tu w końcu służbowo. Przez moment korciło go jeszcze, by wydobyć ze schowka jakiś stary kwit i rzucić go na deskę rozdzielczą, ale i tę myśl porzucił. Czytał gdzieś, że służbom miejskim opłaca się ścigać - ze względu na koszty egzekucji komorniczej - tylko notorycznych recydywistów, którzy mają na koncie więcej niż pięćset złotych zaległości. A on z pewnością nie osiągnął tego limitu. A zresztą, jakby co, zawsze uda się załatwić sprawę. Strażnicy miejscy nie lubią kłopotów, więc pewnie go nie ruszą. Spojrzał odruchowo na zegarek: osiemnaście minut. Nie najgorzej, wreszcie jakiś sukces.
Wszedł na teren uniwersytetu boczną bramą. Minął znajdującą się po prawej stronie stołówkę dla studentów, która w czasach jego młodości była wciąż remontowana, i gmach Szkoły Głównej po lewej, gdzie mieścił się Wydział Biologii. Ongiś często tam zachodził po zajęciach, bo na trzecim roku flirtował z Anką, studentką zafascynowaną genetyką, a dziś - podobno, jak słyszał - profesorem na jednej z prestiżowych francuskich uczelni. Droga prowadziła ostro pod górę i mimo że był to w sumie bardzo krótki odcinek, Nawrocki zasapał się nieco. Kondycja do dupy, pomyślał. Za dużo piwa, za mało spacerów. Dobrze, że nie muszę ganiać tych wszystkich opryszków po ulicach, bo pewnie wykitowałbym malowniczo na zawał podczas któregoś z takich pościgów.
A przecież w studenckich czasach był bardzo sprawny fizycznie. Uciekając przed zomowcami podczas jednej z demonstracji, przesadził, niczym rasowy płotkarz, ponadmetrowej wysokości stragan. Sam nie mógł w to uwierzyć i przyszedł w to miejsce następnego dnia, żeby na spokojnie zanalizować swój wyczyn. Co też adrenalina potrafi zrobić z człowiekiem! A tej mu ostatnio brakowało. Pracę miał biurową, siedzącą, niemal urzędniczą. Przewracał papiery w swojej ciemnej kanciapie, pił kolejne kawy i chodził na ploty do kolegów. A kiedy rozwiązywał sprawy - to też raczej na siedząco. Głową, nie mięśniami, jak byczki z prewencji czy ogoleni na pałę goście z Centralnego Biura Śledczego, uganiający się za kolejnymi bossami naszej, pożal się Boże, mafii, która była jedynie prowincjonalną gangsterką.
Wydział zajmował cały osiemnastowieczny budynek, podobny do wszystkich innych, znajdujących się w obrębie starego kompleksu uniwersyteckiego przy Krakowskim Przedmieściu. Spokojny klasycyzm, wsparty na solidnych kolumnach. Mury pokrywały zacieki i odbarwienia. Gdzieniegdzie tynk łuszczył się obficie, odkrywając bure plamy. Starcze dostojeństwo, pomyślał komisarz. To samo dzieje się z ludźmi. Łuszczą się po latach, odsłaniając prawdziwe, nikczemne oblicze. Chyba rację miał Maciek, kiedy wciąż powtarzał, że w starości nie ma nic pięknego. Tylko złuda i powidoki przeszłych dni, pełnych chwały. Glory days, jak śpiewał Spreengsteen, którego pewnie nikt z tych, których mijał po drodze - a którzy w grupkach lub samotnie, roześmiani, skupieni, zamyśleni, powtarzający mantrę wyuczonych na kolokwium regułek, przemieszczali się po terenie uczelni, ruchliwi jak cząsteczki Browna - już nie słuchał. Ale budynki można reanimować, można przywrócić im blask, podarować drugą młodość, niewymagającą podpisywania cyrografu w zamian. Człowiek ma tylko pamięć - bo te wszystkie liftingi i majstrowanie przy ciele to jedynie rozpaczliwe zaklinanie nieuchronnego. Poza tym jesteśmy zdani wyłącznie na siebie i własną przemijalność.
W górze z wolna zbierały się chmury, ale światło wciąż jeszcze rozjaśniało fasady, wygładzało chropowatości, zacierało granice pomiędzy trwaniem a erozją.
To był tylko moment zadumy człowieka w średnim wieku, usprawiedliwił sam siebie Nawrocki, kiedy zatrzymał się na moment dla złapania oddechu. Porzucasz ruch, zatrzymujesz się i już zaczynasz kombinować. Czyż to nie Nietzsche, tak lubiany i wciąż cytowany przez Maćka, zwykł mawiać, by nie dowierzać żadnej myśli, która przychodzi do nas, kiedy siedzimy?
A przed samym wejściem na wydział - tłum. Komisarz przebił się przez ciżbę, mamrocząc nieustanne "przepraszam", wszedł po schodach do holu głównego i zatrzymał się na chwilę niezdecydowany. W końcu złapał jakiegoś długowłosego gościa za ramię i zapytał o dyrekcję instytutu. "Pierwsze piętro, do końca korytarza - w prawo" - usłyszał i popędził zakręconymi schodami jeszcze wyżej.
Część pierwszego piętra została już odgrodzona biało-czerwoną taśmą. Skinął głową policjantowi w mundurze, który pilnował, by studenci nie przekraczali tej tymczasowej granicy, przeszedł schylony pod plastikowym ogrodzeniem i wpadł w zaułek korytarza przy samej dyrekcji. Ekipa techniczna dotarła tu przed nim i rozpoczęła rutynowe działania. Pośród techników dostrzegł pana Henia, starego wygę, który właśnie instruował jednego z podwładnych. Pan Henio także zauważył Nawrockiego, przerwał wywód, machnął na przywitanie ręką i podszedł.
- Dzień dobry. Co my tu mamy, panie Heniu? - Nawrocki wygrzebał notes z kieszeni kurtki.
- Małą jatkę, panie Irku. Jak na Ząbkowskiej, nie przymierzając. - Pan Henio był łysawym grubaskiem o powolnych ruchach i dobrotliwej twarzy. Nie wyglądał na fachowca od badania skutków mokrej roboty, raczej na listonosza. - Nigdy bym nie przypuszczał, że w takim miejscu... - Szef techników nie dokończył, tylko wymownie skinął głową w stronę krzątających się podwładnych.
- Wal pan.
- W tym pokoju, obok, leżą zwłoki profesora Sebastiana Grabowieckiego. Podobno ważny gość. Głowa rozpieprzona w drobny mak. Jucha na ścianach. No, masakra. Ten tutejszy dyrektor, też podobno ważny profesor, to aż zapalił papierosa, jak się przyjrzał, choć tu nie wolno, ogólny zakaz. - Technik, znany z tego, że jest namiętnym palaczem, skrzywił się. - Franek robi teraz zdjęcia, odciski już zdjęliśmy, ale to jeden wielki burdel, nic z tego nie będzie. Chyba wszyscy tu bywali. Sama identyfikacja zajmie z tydzień, chociaż to nie ma sensu, na odciski bym nie liczył. Zabezpieczyliśmy mikroślady, ale to też chyba panu nie pomoże. A zresztą, jeśli wezwali pana, panie Irku, to znaczy, że trzeba będzie do tego jakoś inaczej, bez naszej pomocy, podejść. Z naszej strony wszystko będzie na cacy, tyle że tak jakoś pod koniec tygodnia, nie wcześniej.
- Tak późno? - Nawrocki nie mógł powstrzymać grymasu dezaprobaty.
- Szybciej się nie da. Zrobię, co mogę. - Szef techników naburmuszył się.
- Jasne, przepraszam - zmitygował się komisarz natychmiast. Henio uchodził za mistrza i jeśli coś mówił, to z pewnością inaczej być nie mogło. - Gdzie lekarz?
Pan Henio tym razem skinął głową w stronę półprzymkniętych drzwi. Komisarz podziękował, uścisnął mu dłoń i nabierając powietrza w płuca, chwycił za klamkę. Nie lubił patrzeć na zwłoki. Nie żeby miał jakieś sensacje żołądkowe, zwyczajnie nie było mu w smak oglądać człowieka, który człowiekiem właśnie być przestał. Za bardzo te wszystkie widoki, których już sporo naoglądał się w życiu, przypominały mu o tym, że jesteśmy przede wszystkim mięsem podatnym na rozkład. Małgorzata wielokrotnie wypominała mu, że w pracy musi oglądać trupy. Dla niej był to rodzaj perwersji. Bo Małgorzata bała się śmierci. Bała się jej zwierzęco i irracjonalnie. Zwłaszcza w ciąży dopadały ją depresje i potrafiła nagle, ni stąd, ni zowąd, zapłakać, mówiąc: "Co będzie z dzieckiem, jak nas nie będzie?" - albo coś w tym rodzaju. Nawrocki pocieszał ją wtedy, przytulał, szeptał do ucha jakieś banały, w które sam nie bardzo wierzył.
Kiedy oglądał zwłoki, nie czuł obrzydzenia, choć zdarzało mu się widzieć rzeczy naprawdę ohydne. Czuł raczej zdziwienie i obcość. Ciała, które leżały przed nim, były niegdyś, całkiem niedawno, żywymi ludźmi, w całym swym człowieczym, pięknym poplątaniu. Komisarz zawsze odczuwał żal, kiedy spoglądał na denata. I współczucie. Co dziwne, nie tylko dla człowieka, który już nie żył, ale także dla tego czy dla tych, którzy tej śmierci byli winni. Tak więc Nawrocki nie osądzał. Daleko mu było do myśli o dziedzictwie Kaina, ciążącym nad bliźnimi. Ci, którzy przekraczali granicę i posuwali się do takiego gwałtu, sami byli poniekąd ofiarami. Jak psy, które gryzą ze strachu, w napadzie wściekłości za swoją krzywdę. Ale starał się też nie usprawiedliwiać winnych. Żeby wykonywać swą pracę właściwie, dławił w sobie te odruchy współczucia. Po prostu uważał się za narzędzie. Była zbrodnia, powinna być kara - a on ma tę logiczną zasadę wprowadzić w życie. Moralizowanie i usprawiedliwianie zostawiał psychologom, którzy jakże często - w charakterze biegłych - pojawiali się na procesach. Ale jego na sali sądowej zazwyczaj nie było.
Kiedy jednak patrzył na okrwawione, zbezczeszczone ciała, miewał nagłe przypływy jakiejś wewnętrznej niezgody. Na co? Tak nie powinno być, powtarzał w duchu już tyle razy. A że było i niczego nie dawało się odwrócić, miał żal. Żal, że jednak tak jest, że otacza go świat niedoskonały, czego najbardziej wymownym, porażającym dowodem jest właśnie ofiara.
Lekarz był młody, niedoświadczony, nerwowy i palił papierosa za papierosem, chociaż, jak dowiedział się Nawrocki od pana Henia, na całym wydziale było to zabronione. Ale lekarza, pomimo młodego wieku, także ceniono, bo do tej pory się nie mylił. Komisarz miał nadzieję, że i ten przypadek nie okaże się dla adepta nauk medycznych wpadką.
- Kilka silnych uderzeń tępym narzędziem w głowę. Złamana podstawa czaszki, pęknięty czerep. Mózg wypływał powoli, ale skutecznie. Widzi pan, zapaskudzony cały pokój. Denat był nieprzytomny, kiedy umierał. Sporo krwi, bo zerwane zostały naczynia, zwłaszcza w okolicach twarzy. Ten rejon jest intensywnie ukrwiony - relacjonował niby to beznamiętnie lekarz, przypalając kolejnego papierosa. - Podobno zazwyczaj jest to "tępe narzędzie", ale w tym wypadku nie ma wątpliwości. Przyrżnięto mu lampą - o, tą - leży przy szafie, cała we krwi. Solidna, metalowa. Rzadko się teraz takie spotyka, musi mieć swoje lata. Podobnie jak ten gość zresztą. Zgon nastąpił około dwudziestej pierwszej - plus, minus. Więcej będę wiedział po sekcji, ale to formalność.
Nawrocki podziękował i lekarz, jakby tylko na to czekając, zmył się bez zwyczajowego "do widzenia". Pewnie, to nic przyjemnego. A gdyby mieli się zobaczyć znowu, to przecież nie na chrzcinach, tylko znów nad ciałem jakiegoś nieszczęśnika. Komisarz rozejrzał się po pokoju. Nic się nie zmieniło na uniwersytecie od czasów, kiedy sam tu studiował. Krzywe sprzęty, antyczne aparaty telefoniczne z tarczą, wtopiony w ścianę brud epoki, którego nie potrafiła pokryć już żadna nowa farba. Zawsze wyłaził na wierzch. Tylko komputer błyszczał, jakby go przed chwilą zainstalowano. No i ciasnota. Na framudze przyszpilono listę dyżurów. Pracowało w tym pokoju siedem osób! Siedem osób na piętnastu metrach kwadratowych. Nawrocki postał jeszcze chwilę, notując w pamięci szczegóły. Dłużej zatrzymał wzrok na zwłokach. W pozycji denata nie było nic nienaturalnego. Jak to lekarz powiedział? "Przyrżnięto mu lampą". Dostał kilka razy w głowę i spadł z krzesła, ono zaś przewróciło się, odruchowo kopnięte.
Za plecami Nawrockiego rozległo się wymowne chrząknięcie. To był Mirek Zomowiec. Nazywano go tak, bo przyszedł jeszcze do milicji, żeby wymigać się od wojska i mieszkać w domu, odbywając służbę. Najpierw w Zmechanizowanych Odwodach Milicji Obywatelskiej pałował rzetelnie krnąbrnych obywateli podczas antypaństwowych i antysocjalistycznych demonstracji, które na dodatek godziły w nasze sojusze strategiczne, a potem został już na stałe, ukończył kurs podoficerski i z czasem przeszedł do pionu śledczego. Zweryfikowano go pozytywnie w 1990 roku i został policjantem w stopniu sierżanta sztabowego. Chciał awansować, ale miał tylko średnie wykształcenie, bez matury zresztą. Dwa razy ją oblał, mimo że była to zwykła szopka, zorganizowana przez kuratorium wojewódzkie dla średniej kadry kierowniczej policji, i musiał się ostatecznie pożegnać z marzeniami o oficerskich szlifach. Zastygł więc na swojej pozycji jak jaszczurka, którą zresztą przypominał. Tak w każdym razie wydawało się Nawrockiemu, zmuszonemu niejednokrotnie do współpracy z Mirkiem Zomowcem. Komisarz wiedział, że dla wyższych stopniem Mirek bywał usłużny i miły, potrafił nawet serwować kawę niczym sekretarka, ale słyszał też od kierowców, że to zwykły buc, co potwierdzało jego własne przeczucie. I choć przyszło mu wielokrotnie z Mirkiem Zomowcem współpracować, nigdy nie pozwolił sobie na okazanie mu najmniejszej sympatii. Ale Mirek był pedantycznie skrupulatny i dokładny, toteż Nawrocki

     

  Komu polska ziemia?
Przemyslaw Krzemien, Wlodzimierz Achmatowicz

Fragmenty ksiazki "Wyprzedaz polskiej ziemi - tragedia narodowa"

1997.
WSTEP

Ziemia jest swieta. To ziemia wydaje plony i zywi. To ziemia nieustannie tryska woda ze swych zródel. To ziemia daje ludziom schronienie i czyste powietrze dzieki drzewom i lasom. Bez ziemi, zyc nie mozna. Ziemia jest blogoslawienstwem, jesli sie o nia dba. Ziemia sie jednak nie odnawia. Ziemi jest nawet coraz mniej. Zalewa sie ja asfaltem i betonem. Zanieczyszcza sie ja. A ludzi, którzy ziemi potrzebuja jest coraz wiecej.

Kto nie ma dla niej szacunku, ten nie potrafi miec dla niczego szacunku.

Bez wlasnej ziemi, czlowiek staje sie koczownikiem. Nedzarzem. Wedrowcem, który nigdzie nie jest u siebie. Ciagle za czyms teskni.

Któz nie marzy o posiadaniu ogródka, kawalka dzialki, pola? Któz nie mysli o przekazaniu go swoim dzieciom, aby chociaz one mogly z tej ziemi korzystac?

Lecz zamiast przypominac nam te prawdy i uswiadamiac mlode, dojrzewajace pokolenia, powtarza sie nam, ze:

musimy sprzedawac ziemie, aby obcokrajowcy u nas inwestowali, a nam sie jutro lepiej wiodlo;

musimy sprzedawac ziemie, aby udowodnic swiatu, ze jestesmy ludzmi postepu;

musimy sprzedawac ziemie, aby raz na zawsze pozegnac sie z ciemnogrodem i wejsc do jasnego grona madrych panstw, gdzie wszystko bez wyjatku jest lepsze niz u nas;

musimy sprzedawac ziemie, aby wstapic do UE, NATO, OECD i wszelkich podobnych klubów, które tego od nas zazadaja, gdyz jak powszechnie wiadomo, poza tymi klubami, zycia nie ma i nie moze byc;

musimy sprzedawac ziemie, aby udowodnic, ze nie jestesmy ksenofobami i mamy na uwadze dobro obywateli wszystkich panstw... poza oczywiscie Polska, ale to przeciez nie wiaze sie z tematem;

musimy sprzedawac ziemie, aby nas Niemcy wreszcie pokochali i wybaczyli nam krzywdy, które od nas i naszych ojców doznali, i aby nam przy okazji - ale to nie najwazniejsze, prawda? - uzyczyli jeszcze wiecej pozyczek i kredytów;

musimy wreszcie pogodzic sie z faktem, ze Polacy róznia sie od obywateli innych panstw tym, ze upominanie sie o prawa „reszty swiata" do ziemi, to rzecz normalna, lecz upominanie sie Polaków o prawa do ziemi, to faszyzm.

Wsród tego ogromu rzeczy, które w naszym kraju traktowane sa w sposób haniebny, jest przede wszystkim sprawa ziemi. Niniejsza ksiazka nosi sie z zamiarem zapoznania Polaków z katastrofalnymi skutkami wyplywajacymi z ustawy zezwalajacej cudzoziemcom nabywac nieruchomosci w Polsce. Ustawa ta, nowelizowana w marcu 1996 roku, jest tak liberalna, ze w ciagu najblizszych lat grozi nam utrata od jednej trzeciej do polowy powierzchni naszego kraju. Trudno bedzie Czytelnikowi uwierzyc, jakich rozmiarów osiagnal juz w poczatku 1997 roku proces wywlaszczania Polaków z ziemi. Prawda ta jest gorzka, lecz bez zapoznania sie z nia, nie zaistnieje mozliwosc polozenia kresu narodowej tragedii.

Celem naszym jest zachowanie polskiej panstwowosci, niepodleglosci i suwerennosci, o które od tysiaca lat walczyly wszystkie pokolenia Polaków i które w niczym nie sa sprzeczne z zasadami dobrego sasiedztwa z wszystkimi osciennymi panstwami bez wyjatku.

Wiekszosci naszych rodaków wydaje sie dzisiaj, ze najtrudniejszy okres naszej historii minal wraz z upadkiem komunizmu. Nam sie natomiast wydaje - i potwierdzaj a to fakty - ze najtrudniejsze czasy nadeszly teraz. Obecny rok 1997 zadecyduje prawdopodobnie ostatecznie o tym, czy Polska bedzie jeszcze istniala, czy przepadnie na zawsze. Albo wybory wysla do Parlamentu wiekszosc ludzi uczciwych majacych na mysli dobro Polski, albo poglebi sie tragedia, której nie da sie odwrócic.

Chcemy przede wszystkim Czytelnikowi udowodnic, ze wykup polskiej ziemi przez cudzoziemców, a glównie przez Niemców, ma charakter masowy, jest otwarcie wspierany przez nasze wladze i co gorsze, problem ten jest systematycznie przez nie bagatelizowany.

ETAPY ZAPLANOWANEGO ROZBIORU

Cofnijmy sie o piec lat i przypomnijmy sobie, co nam wówczas mówiono.

Stan wykupu ziemi przez obcokrajowców na rok 1991 zostal podany w „Gazecie Wyborczej" z 17 kwietnia 1992 roku. Byly to oficjalne statystyki sporzadzone przez MSW. Zakonczenie sprawozdania brzmialo: Kupowanie nieruchomosci przez cudzoziemców ma niewielki zasieg i nie stanowi zagrozenia dla bezpieczenstwa Panstwa. Przypatrzmy sie blizej tym danym. Sposród 49 polskich województw, wymieniono tylko 12. Te, w których obcokrajowcy wykupili powyzej 10 hektarów. Sa to województwa:

gdanskie - 27 ha, gorzowskie - 17 ha, katowickie - 24 ha, koszalinskie - 13 ha, lubelskie - 16 ha, lódzkie - 39 ha, poznanskie - 28 ha, skierniewickie - 36 ha, szczecinskie - 21 ha, warszawskie - 146 ha, wloclawskie - 12 ha, wroclawskie - 49 ha.

Lacznie stanowi to 534 ha.

Czytamy dalej: Najwiecej ziemi (265 ha) kupily spólki, w których wiecej niz 50% udzialów maja firmy zagraniczne, 168 ha kupily firmy ze 100% kapitalem zagranicznym. Reszte kupily osoby prywatne, w wiekszosci Niemcy. (...) Pozwolenia sa wydawane liberalnie - wedlug rzecznika MSW - [co jest oczywiste, gdyz wydano 604 zgody na 635 wniosków], a Ministerstwo oczekuje tylko wykazania przez zainteresowanego, ze lacza go z Polska zwiazki gospodarcze lub rodzinne. Zwrócmy uwage na ten drastyczny „warunek", jedyny, zdaje sie, warunek, poniewaz: Ministerstwo tylko oczekuje -wykazania... Bylby smieszny do lez, gdyby nie pociagal za soba tak groznych konsekwencji. To w ogóle nie jest warunek. To zwykla formula, która posluzyc sie moze kazdy Eskimos czy Chinczyk. Od chwili wykupienia nieruchomosci choc za jednego zlotego, moze obcokrajowiec juz argumentowac, ze ma zwiazki gospodarcze z Polska. Tak sie u nas nazywa scisla kontrola nad sprzedaza nieruchomosci obcokrajowcom, która jest w zasadzie niemozliwa, chyba ze w bardzo okreslonych warunkach.

Powrócmy jednak do naszych oficjalnych statystyk, które oczywiscie w zadnej mierze nie odpowiadaja rzeczywistosci. Od razu zauwazamy, ze nie ujeto w nich dziewieciu województw nalezacych przed wojna do Niemiec. Sa to województwa:

elblaskie, jeleniogórskie, legnickie, olsztynskie, opolskie, pilskie, slupskie, suwalskie, zielonogórskie.

Czy MSW chce nas przekonac, ze w zadnym z tych województw Niemcy nie wykupili nawet 10 hektarów?...

Wezmy choc jeden przyklad: województwo opolskie. Cala Polska slyszala juz o problemach, które tam wystepuja. Juz kilka lat temu, kilkanascie gmin o radach zdominowanych przez ludzi deklarujacych swoja przynaleznosc do mniejszosci niemieckiej, umiescilo na tablicach swoje dawne niemieckie nazwy. Miejscami sasiaduja one z nazwami w jezyku polskim, miejscami je zastepuja. Na przyklad Dziewkowice przechrzczono na Frauenfeid, Jemielnice na Himmelwitz. Tak samo stalo sie z nazwami ulic. Dorfstrasse zamiast ulicy Wiejskiej, itp. Zaslugujacym na najwieksza uwage jest fakt, ze przykladowo Frauenfeid jest nazwa nadana tej wiosce dopiero w... 1936 roku przez nazistów. Przedtem, od wieków, gmina nazywala sie Schewkowitz, co oczywiscie

w czasach hitlerowskich brzmialo za bardzo po slowiansku. Jak widac, wybór zyjacych obecnie w Polsce Niemców - którzy wola nazwy nadane przez hitlerowców zamiast starych nazw historycznych - jest ponownie swiadomie skierowany ku zatarciu slowianskiej przeszlosci tej ziemi.

Sporzadzilismy mala liste - wcale nie wyczerpujaca - kilkudziesieciu przykladów zmiany nazw miejscowosci na obszarze Niemiec lat trzydziestych. Nazwy o ewidentnym charakterze slowianskim zostaly zastapione nazwami germanskimi. Byc moze ta lista przekona najmlodsze pokolenia Polaków, ze zrozumienie stosunków polsko-niemieckich zasluguje na troszeczke wiecej uwagi i poglebienia, niz sie dzisiaj niektórym wydaje. Brak wiedzy czasami upraszcza zycie, lecz z pewnoscia nie prowadzi do sprawiedliwej oceny sytuacji.

Alt Schalkowitz przechrzczono na Alt Schaikendorf (dzis Stare Siolkowice, k/Opola)

Alt Schliesa na Alt Schlesing (dzis Nowy Sleszów, k/Wroclawia)

Antonischken na Antonshain (k/Ebenrode, Prusy Wschodnie, dzis Staliuponen, Rosja)

Biadacz na Kreutzwalde (dzis Biadacz, k/Opola)

Bialla na Billstein (dzis Biala Olecka, gm. Judziki, k/Olecka)

Bialla na Gehienburg (dzis Biala Piska)

Bialygrund na Weissengrund (dzis Mateuszki, k/Szczytna)

Biestrzinnik na Ringwalde (dzis Biestrzynnik, k/Opola)

Bilawen na Bismarckeich (dzis Bielawy gm. Brzostówko, k/Milicza)

Birkowitz na Birkental (dzis Bierkowice, k/Opola)

Bogislawitz na Altmuhigrund (dzis Pakoslawsko, k/Milicza)

Bogumillen na Brodau (dzis Bogumily, k/Pisza)

Bogusiawitz na Schwarzaue (dzis Boguslawice, k/Wroclawia)

Borawsken na Deutscheck (dzis Borawskie, k/Olecka)

Borek na Waldungen (dzis Borek, k/Kluczborka)

Borek na Waldeck (dzis Borek, k/Jemielnicy, Slask)

Borek na Waldwinkel (dzis Borek, k/Sciborowic)

Borowian na Kruppamuhle (dzis Krupski Mlyn, k/Strzelec Opolskich)

Borreck na Waldchen (dzis Borki, k/Opola)

Bosemswolka na DreiBighuben (dzis Wlóki, k/Dzierzoniowa)

Bronietz na Wehrenfelde (dzis Broniec, k/Olesna, Slask)

Bronikowen na Rastgrund (dzis Bronikowo, k/Mragowa)

Bruschewitz na Mówengrund (dzis Pruszowice, k/Trzebnicy, Slask)

Brzezinke na Schindlersfelde (dzis Brzezinka, k/Namyslowa, Slask)

Bubrowko na Biebern (dzis Bobrówko, k/Mragowa)

Budzisken na Herbsthausen (dzis Budziska, k/Wegorzewa)

Buglowietz na Bugelhauser (dzis Buglowice, gm. Stodoly, k/Raciborza)

Chalupki na Grenzhauser (dzis Chalupki, gm. Marcinków)

Chudoba na Heinrichsort (dzis Chudoba, gm. Wojciechów, k/Olesna, Slask)

Chottschewko na Goten (dzis Choczewko, k/Leborka)

Chottschow na Gotendorf(dzis Choczewo, k/Leborka)

Chrosczinna na Reisern (dzis Chroscina, k/Opola)

Chrzanowen na Kalkofen (dzis Mielin, k/Wolina)

Czarnen na Scharne (dzis Czarne, k/Goldapi)

Czerwanken na Rotenfelde (dzis Czerwonki, k/Mragowa)

Czerwonken na Rotbach (dzis Czerwonka, k/Elku)

Czienskowitz na Schwerfelde (dzis Ciezkowice, gm. Polska Cerekiew)

Czierwienz na Schierwens (dzis Czerwieniec, k/Slupska)

Dambinietz na Eichberge (dzis Debiniec, k/Opola)

Dembowitz na Eichenau (dzis Debowiec, k/Nidzicy)

Deutsch Buckow na Bukau (dzis Bukówka, k/Slupska)

Deschowitz na Odertal (dzis Zdieszowice, k/Strzelec Opolskich)

Dobroslawitz na Ehrenhohe (dzis Dobroslawice, k/Kozla)

Dobrowolla na Willenheim (dzis Dobra Wola, k/Elku)

Dolina na Niederkirch (dzis Dolna, k/Strzelec Opolskich)

Dombrowka na Eichtal (dzis Dabrówka Górna, k/Opola)

Dombrowka na Steineich (dzis Dabrówka, k/Gliwic)

Domasiawitz na Lindenhorst (dzis Domaslawice, k/Sycowa, Slask)

Dworatzken na Herrendorf(dzis Dworackie, k/Olecka

Dziekonstwo na Dechantsdorf (dzis Dziekanstwo, k/Opola)

Gonschiorowitz na Ouellental (dzis Gasiorowice, k/Strzelec Opolskich)

Jaschkowitz na Johannsdorf(dzis Jaskowice, k/Opola)

Jaschkowitz na Hirtweiler (dzis Jaskowice, k/Gliwic)

Jeblonsken na Urbansdorf (dzis Jablonskie, k/Goldapi)

Jeschonowitz na Eschendorf(dzis Jasiona, k/Strzelec Opolskich)

Jagiella na Hirsefeid (dzis Jagiela, gm. Slupsko, k/Gliwic)

Jeziorken na Schontal (dzis Jeziorki Wielkie, k/Goldapi)

Jeziorowsken na Seedorf (dzis Jeziorowskie, k/Elku)

Kadlub na Starenheim (dzis Kadlub, k/Strzelec Opolskich)

Kadlubitz na Annatal (dzis Kadlubiec, k/Strzelec Opolskich)

Kamionka na Steinbirn (dzis Kamionka, k/Kozla)

Koloczek na Reiswitz (dzis Kolaczek, ok Kluczborka, Slask)

Kopania na Neu Garten (dzis Kopanina, k/Strzelec Opolskich)

Kowalken na Beierswalde (dzis Kowalki, k/Goldapi)

Kowallik na Mullershof(dzis Kowalik Piski, gm. Nida)

Kowolowka na Schmiedeberg (dzis Kowary, k/Jeleniej Góry)

Koziborek na GeiBfeId (dzis Koziborek, k/Gliwic)

Krassowa na Klein Walden (dzis Krasowa, k/Strzelec Opolskich) Krolowolla na Konigswalde (dzis Królowa Wola, k/Elku)

Kryschanowitz na Weidebruck (dzis Krzyzanowice, k/Trzebnicy, Slask)

Krzywonoggen na KrummfuB (dzis Krzywonoga, k/Szczytna)

Labendzowo na Schwanau (dzis Labedziewo, gm. Leginy, k/Reszla)

Marczinawolla na Martinshagen (dzis Marcinowa Wola, k/Gizycka)

Matzwolla na Balschdorf(dzis Madejowa Wola, k/Wegorzewa)

Mischagora na Am Berge (dzis Mysia Góra, k/Gliwic)

Neu Jablonken na Neufinken (dzis Nowe Jablonki, k/Ostródy)

Neu Jaromierz na Neu Hauland (dzis Nowy Jaromierz, k/Babimostu)

Neu Kaletka na Hermannsort (dzis Nowa Kaletka, k/Olsztyna)

Nieborowitz na Neubersdorf (dzis Nieborowice, k/Milicza)

Niemietzke na Puttkammerhoff (dzis Podkomorzyce, k/Slupska)

Niekrassen na Krassau (dzis Niekrasy, pow. Elk)

Obora na Stadtwald (dzis Czarnobór, k/Szczecinka)

Ogrodtken na Kalgendorf (dzis Ogródek, k/Elku)

Okoniak na Beutnerbaum (dzis Okoniak, gm. Szyldak)

Oleschka na Nieder Erlen (dzis Oleszka, k/Strzelec Opolskich) Oletzko na Treuburg (dzis Olecko)

Olschina na Erlengrund (dzis Olszyna, k/Kozla)

Olschowa na Erlenbusch (dzis Olszowa, k/Strzelec Opolskich)

Orzechowen na NuBberg (dzis Orzechowe, k/Elku)

Oschietzko na Lichtenrode (dzis Osiecko, k/Olesna)

Oskarzin na Hischhals (dzis Oskarzyn, gm. Ublik)

Ostronitz na Schneidenburg (dzis Ostroznica, k/Kozla)

Ostrokollen na Scharfenrade (dzis Ostrykól, k/Elku)

Ostrowek na Klettenhof(dzis Ostrówek, gm. Chroscice)

Ossowo na Aspenau (dzis Osowo, k/Zlotowa)

Paprotsch na Farnkolonie (Paproc, k/Rudy)

Paprodtken na Goldensee (dzis Paprotki, k/Gizycka)

Paremba na Mittenwald (dzis Poreba, k/Milicza)

Pawlowitzke na Gnadenfeid II (dzis Pawlowiczki, k/Kozla)

Piasken na Klein Rauschen (dzis Piaski, k/Elku)

Pieczisko na Waldofen (dzis Pieczysko, gm. Wiartel)

Pietzonken na Grunau (dzis Pieczonki, k/Gizycka)

Pietrzyken na Wiesenheim (dzis Pietrzyki, k/Pisza)

Pietzarken na Bergensee (dzis Pieczarki, k/Wegorzewa)

Piotrowitz na Alt Petersdorf (dzis Piotrowice, k/Nidzicy)

Podbor na Unterwalden (dzis Podbór, k/Strzelec Opolskich)

Podlesch na Unterwalden (dzis Podlesie, k/Kozla)

Polanowitz na Kornsfelde (dzis Polanowice, k/Kluczborka)

Proboschowitz na Probstfelde (dzis Proboszowice, k/Gliwic)

Popiollen na Albrechtswiesen (dzis Popioly, gm. Wegorzewo)

Prawdzisken na Reiffenrode (dzis Prawdziska, k/Elku)

Przepiorken na Wachteldorf(dzis Przepiórki, k/Elku)

Przykopp na Grabenau (dzis Przykop, k/Olsztyna)

Przytullen na Siebenbergen (dzis Przytuly, k/Olecka)

Przywor na Oderfest (dzis Przywory, k/Opola)

Puschkowa na Hubertushof(dzis Dalnie, gm. Oleszka)

Pustki na Grenzhofen (dzis Pustki, k/Gliwic)

Rogallicken na Kleinrosenheide (dzis Rogalik, gm. Rózynsk)

Rosinsko na Rosenheide (dzis Rózynsk, k/Elku)

Rosochatzken na Albrechtsfelde (dzis Rosochackie, k/Olecka)

Schabojeden na Sprindberg (dzis Zabojady, k/Goldapi)

Schierakowitz na Graumannsdorf (dzis Sierakowice, k/Gliwic)

Schikorren na Weilheim (dzis Sikory Juskie, k/Elku)

Schironowitz na Grunheide (dzis Sieroniowice, k/Strzelec Opolskich)

Schiroslawitz na Grenzfelde (dzis Sieroslawice, k/Kluczborka)

Sczed na Hitlersee (dzis Szczedrzyk, k/Opola)

Siemianowen na Altensiedel (dzis Szymanowo, k/Mragowa)

Slawianowo na Steinmark (dzis Slawianowo, k/Zlotowa, Ziemia Lubuska)

Skorupken na Schalensee (dzis Skorupki, k/Gizycka)

Skrzidlowitz na Fliigeldorf(dzis Skrzydlowiec, k/Lublinca)

Slawaki na Oderhauser (dzis Slawaki, k/Raciborza)

Sokoiken na Haldorf (dzis Sokólki, k/Olecka)

Sokollen na Hainholz (dzis Sokoly, k/Goldapi)

Sokolinik na Falknersdorf (dzis Sokolniki, k/Niemodlina)

Stanislewo na Sternsee (dzis Stanclewo, k/Reszla

Stollarzowitz na Stiiiersfeid (dzis Stolarzowice, k/Bytomia)

Strebinow na Berchtoldsdorf(dzis Strzebniów, k/Gogolina)

Strzelzen na Zweischutzen (dzis Strzelce, gm. Wilkaski)

Sucholasken na Rauschenwald (dzis Sucholaski, gm. Gizycko)

Sutzken na Hitlershohe (dzis Suszki, k/Goldapi)

Tepliwoda na Lauenbrunn (dzis Cieplowice, gm. Zabkowice)

Tscheschkowitz na Eichenhag (dzis Cieszkowice, k/Góry Slaskiej)

Tschirnitz na Darnberg (dzis Czernica, k/Jawora)

Tschoplowitz na Gerlachshain (dzis Czepielowice, k/Brzegu)

Ujast na Kreisau (dzis Ujazd, k/Milicza)

Ulonsk na Kleinrehbruch (dzis Ulazki, gm. Piece)

Wembowitz na Friedrichshóh (dzis Wabnice, k/Milicza)

Wessola na Freude (dzis Wesola, k/Gliwic)

Wielitzken na Wallenrode (dzis Wieliczki, k/Olecka)

Wielepole na Sandhóh (dzis Wielopole, k/Gliwic)

Wielolanka na Bachwitz (dzis Wieioleka, k/Namyslowa)

Wieschowa na Randsdorf (dzis Wieszowa, k/Bytomia)

Watkowitz na Wadkeim (dzis Watkowice, k/Sztumu)

Wolka na Spittel (dzis Wólka, gm. Pregowo, k/Ketrzyna)

Wygoda na Ruhfelde (dzis Wygoda, k/Ostródy)

Wygodda na Waldruh (dzis Wygoda, k/Olsztyna)

Wisockigrund na Lindengrund (dzis Wysoki Grad, k/Szczytna)

Wyssoka na Hohenkirch (dzis Wysoka, k/Strzelec Opolskich)

Wyssoka na Lindenhohe (dzis Wysoka, k/Olesna)

Zabinietz na Waldfrieden (dzis Zabiniec, k/Kolobrzegu)

Zabnik na Froschweiler (dzis Zabinka, k/Gliwic)

Zabrodzin na Schóndorf(dzis Zabrodzie, k/Reszla)

Zamoscie na Hinterbruck (dzis Zamoscie, k/Opola)

Zantoch na Neuscholle (dzis Satok, k/Olesnicy)

Zimnawoda na Hirschthal (dzis Zimnawoda, k/Szczytna)

Germanizacja nazewnictwa topograficznego nastapila wiec bardzo pózno. Lecz któz jest dzis tego swiadomy? Mozna natomiast zastanawiac sie dlaczego zmieniono te nazwy glównie na Slasku i w Prusach Wschodnich, w mniejszym zakresie natomiast na innych wschodnich rubiezach III Rzeszy, jak na przyklad na Pomorzu? Najprawdopodobniej, poza Slaskiem i Prusami Wschodnimi, Niemcy czuli sie juz tak pewni siebie, ze nie odczuwali potrzeby zacierania sladów polskosci. Dlatego na tych terenach pozostawiono na ogól nietkniete slowianskie nazwy. Przykladowo na Pomorzu:

Hojanke (dzis Chojenka, k/Bialogardu)

Janikow (dzis Jankowo, k/Drawska)

Janikow (dzis Janikowo, k/Szczecinka)

Janowe (dzis Janowo, k/Leborka)

Jassen (dzis Jasien, k/Bytowa)

Jassewo (dzis Jaszewo, k/Bytowa)

Jatzkow (dzis Jackowo, k/Leborka)

Jersckewitz (dzis Jerzkowice, k/Slupska)

Kontken (dzis Katki, k/Sztumu)

Kuhnow (dzis Kunowo, k/Bialogardu)

Kujan (dzis Kujan, k/Zlotowa)

Kujawa (dzis Kujawa, k/Olecka)

Kummerow (dzis Komorowe gm. Bozenice)

Kummerzin (dzis Komorczyn, k/Slawna)

Kurów (nazwa ta wystepowala b. czesto i dala po II wojnie: Kurowo kolo Leborka, Kurowo równiez kolo Koszalina, Kurów kolo Szczecina)

Lubianken (dzis Lubianka, k/Czluchowa)

Lubiath (dzis Lubiatów, k/Strzelec Krajenskich)

Lubow (dzis Lubowo, k/Koszalina)

Lukowe (dzis Lukowa, k/Slupska)

Mitschkowken (dzis Mieczówka, k/Wegorzewa)

Sakollnow (dzis Sokolna, k/Zlotowa)

Zalessen (dzis Zalesie Przywidzkie, k/Gdanska)

Zawadda (dzis Zawada, k/Czluchowa)

Zechlin (dzis Zychlin, k/Slupska)

Zechow (dzis Czechów, k/Gorzowa Wikp.)

Zernickow (dzis Czerników, k/Mysliborza) Zewitz (dzis Cewice, k/Leborka)

Na Slasku niektórych slowianskich nazw nie tknieto, lecz byly to raczej wyjatki. Np.:

Antoschowitz (dzis Antoszowice, k/Raciborza)

Biskupitz na Biskupice (k/Zabrza) Koischkau na Kojszków (k/Legnicy)

Lubowitz (dzis Lubowice, k/Raciborza)

Zedlic (dzis Siedlec, gm. Grodków)

Mozna wobec powyzszego zastanowic sie równiez nad zachodnim zasiegiem slowianskich nazw topograficznych, a wiec i ziem. Przestudiowanie map bylego NRD jest bardzo pouczajace. Spotyka sie tu nazwy slowianskie (oczywiscie, nie tylko slowianskie, ale ten fakt swiadczy o tym, ze Slowianie byli tam pierwsi), az pod Hamburg i Lubecke (wiec az pod Labe): Bolków, Buckow, Daskow, Golzow, Karków, Finów, Koserow, Kruckow, Karbów, Mirów, Raków, Sadelkow, Sa-tow, Samów, Neubukow i Dubrow (od buka i deba?), Griebenow (od grzybów?)... mamy nawet, troche na poludniu od Rostocka... Kraków i Tarnów! Jest jeszcze inny Krackow na wysokosci Szczecina, kilka kilometrów od polskiej granicy. Nie brak takze nazw na „itz", odpowiednika slowianskiej koncówki „ice":

Crivitz, Drewitz, Dobritz, Glewitz, Jessenitz, Tschernitz, Zinnowitz... Nawet Berlin - to slowianska nazwa, a Brandenburg - zniemczenie slowianskiego Branibor. Nie chcemy przeciagac tej listy, trzeba byloby na to dziesiatek stron. Chcielismy tylko udowodnic Czytelnikowi, ze cale wschodnie i centralne Niemcy - to zgermanizowane dawne slowianskie ziemie. Tym bardziej nasze Ziemie Odzyskane sa slowianskie, pomimo ze od tak dawna niemczone. Dlaczego w centralnych Niemczech nie przystapiono w latach trzydziestych do identycznego przeksztalcenia nazw slowianskich na niemieckobrzmiace, podobnie jak mialo to miejsce na Slasku? Z tej samej znowu przyczyny co dla Pomorza: ziemie te znajdowaly sie tak gleboko wewnatrz granic III Rzeszy, ze zadna rewindykacja terytorialna nie bylaby do pomyslenia. Dlaczego podajemy te wszystkie przyklady? Oczywiscie nie po to, aby zadac dla Polski bylego NRD! Byloby to absurdem. Ale takim samym absurdem sa roszczenia Niemców o - przykladowo - Poznan czy Lódz. Miedzy tymi dwoma absurdami jest rozsadne wyposrodkowanie: obecna granica na Odrze i Nysie.

Po tej dlugiej, lecz koniecznej dygresji, powrócmy do naszych slaskich Dziewkowic. Ich soltys, byly sekretarz partii i szef ORMO, pan Wiesiolek - który przy sposobnosci przeksztalcil równiez swoje nazwisko na Wieschollek, bo jak zniemczac, to juz wszystko - zapytany o powód wyboru nazwy Frauenfeid zamiast Schewkowitz, odpowiedzial: ale to ladniej brzmi. Smieszne tlumaczenie. Prawdopodobnie - bo jak to sprawdzic? - wiele opolskich gmin jest juz w wiekszosci wykupionych przez Niemców (dzieki podstawionym Polakom i posiadaczom podwójnego obywatelstwa polsko-niemieckiego), co potwierdzaja sami Niemcy, kiedy pragna sie troche pochwalic. Warto przypomniec, ze polskie prawo nie pozwala na dwujezyczne nazwy topograficzne. 17 czerwca 1991r., w dniu podpisania Traktatu o Dobrym Sasiedztwie i Przyjaznej Wspólpracy miedzy Rzeczapospolita Polska a Republika Federalna Niemiec, minister Krzysztof Skubiszewski skierowal do federalnego ministra Spraw Zagranicznych Hansa-Dietricha Genschera list, w którym w punkcie czwartym czytamy:

Rzad Rzeczypospolitej Polskiej oswiadcza, ze nie widzi obecnie zadnej mozliwosci dopuszczania na tradycyjnych obszarach osiedlenia mniejszosci niemieckiej w Rzeczypospolitej Polskiej oficjalnych nazw topograficznych takze w jezyku niemieckim.

Jaki to dowód slabosci i zdezorientowania ze strony naszych wladz, skoro przeszlo 250 km w glab Polski, w polowie drogi miedzy granicami Niemiec i Ukrainy, nielegalnie wywieszone nazwy niemieckie pozostaja nietkniete i... nietykalne. Racja stanu? Prawdopodobnie... ale niemieckiego.

Wyobrazmy sobie teraz, ze zgodzimy sie na owe podwójne nazewnictwo. Jezeli wyrazimy taka zgode na Slasku, bedziemy automatycznie musieli wyrazic ja równiez na terenie calego bylego zaboru pruskiego. I wtedy, tak samo automatycznie, bedziemy musieli zezwolic na uzywanie nazewnictwa rosyjskiego w bylym zaborze rosyjskim (Modlin i Deblin zostana z powrotem nazwane Gieorgjewsk i Iwangorod) oraz na uzywanie nazewnictwa austriackiego w poludniowej Polsce. Przy wjezdzie do Krakowa bedzie stala tablica Krakau, przy wjezdzie do Rzeszowa tablica Reichshoff. Nie pozostanie w calej Polsce ani jedna wioska, w której Polak bedzie mógl czuc sie u siebie. Wszedzie obce nazwy beda przypominaly mu, ze ktos moze miec, ni stad ni zowad, jakies pretensje terytorialne. Nigdy juz i nigdzie nie bedzie Polak zyl w spokoju. Na Opolszczyznie wystawiono juz w 1992 roku okolo 50 pomników ku czci... zolnierzy Wehrmachtu! O tym skandalu pisano swego czasu takze poza Polska (mówimy „pisano", gdyz dzis Polska przestala kogokolwiek interesowac, zarazem wewnatrz jak i zewnatrz jej granic). Francuski dziennik „L'Humanite" juz w 1992r. zamiescil dlugi artykul pod tytulem „Germanizacja Slaska", przytaczajac napisy widniejace na niektórych z tych pomników, jak np. w Boleslawcu: Ku wiecznej chwale walecznych czynów naszych bohaterów.

Powrócmy jednak do „Gazety Wyborczej":

Niemieckie komitety buduja i ustawiaja tablice bez uzgodnien wymaganych prawem. Niektóre, jak w Jemielnicy, zywo przypominaja monumenty Trzeciej Rzeszy. (...) Niemieccy parlamentarzysci i przywódcy mniejszosci niemieckiej wyjasniaja, ze to inicjatywa lokalna i nie moga ingerowac. Kto wierzy w te rzekoma niemozliwosc ingerowania? Nikt. Ale co na to polskie wladze? Wojewoda opolski stwierdzil w „Trybunie Opolskiej": Jesli potwierdzi sie, ze osoby, których nazwiska umieszczone sa na tablicach byty zolnierzami Wehrmachtu lub czlonkami ugrupowan hitlerowskich, inwestorzy zostana wezwani do rozebrania tej czysci pomnika. (...) Jesli sie nie dostosuja do tego polecenia, pomnik zostanie zasloniety parawanem z desek i opieczetowany. Ku przestrodze.

Slowa wojewody sa skandaliczne. Nie dosc, ze nie potrafi on zabronic stawiania nielegalnych pomników, to grozi, ze je otoczymy parawanem z desek. Dopiero po takiej wypowiedzi musza miec Niemcy zabawe! Pomniki ku czci tych, którzy niesli Polsce nienawisc i smierc, otoczyc parawanami z desek... A moze wladze boja sie, ze zgodne z prawem postepowanie polskiej strony mogloby oburzyc zachodnia opinie publiczna? Ze trzeba byloby sie tlumaczyc, dlaczego usuwamy podobne pomniki lub nie zezwalamy na ich stawianie? Moze juz nie umiemy argumentowac, nie umiemy sie bronic, nie umiemy miec racji? Moze zapomnielismy, ze bycie soba, bycie Polakiem, pociaga za soba pewne konsekwencje, pewna odpowiedzialnosc, która nie koniecznie jest haniebna? Niestety, jezeli brakowalo dowodu, ze nie mamy wladzy, to go tutaj mamy. Jezeli brakowalo dowodu, ze przed bogatymi jestesmy w ostatnich latach zawsze gotowi unizac sie, to go równiez mamy. Ale panstwo, które sie tak daje osmieszac, nie moze liczyc na szacunek innych panstw, a tym bardziej nie na szacunek tego panstwa, które je osmiesza... I to, co mialo stac sie, stalo sie. Nieznani Polacy, którzy dluzej zniesc nie mogli aroganckich postepowan Niemców i bezczynnosci wlasnych wladz, podpalili noca z 16 na 17 marca 1994r. dwa niemieckie pomniki, w Wiekszycach i Pruszkowie. Przedstawiciel mniejszosci niemieckiej Henryk Kroll wystapil z zapytaniem poselskim do ministra Spraw Wewnetrznych podczas szesnastego posiedzenia Sejmu:

Szereg aktów wandalizmu, oblewanie farbami, skierowanych bylo przeciwko pomnikom ofiar z I i II wojny swiatowej. Dwa z tych pomników zniszczono przez oblozenie ich oponami samochodowymi, oblanie benzyna i podpalenie. Wszystko to wzmaga poczucie zagrozenia wsród moich wyborców. (...) Czy policja oraz Urzad Ochrony Panstwa podejmuja dzialania operacyjne przeciwko organizacjom i ugrupowaniom stwarzajacym te zagrozenia? Czy cele statutowe i dzialalnosc organizacji o nazwie Polski Zwiazek Zachodni i Ruch Polskiego Slaska sa zgodne z Konstytucja i ustawodawstwem Rzeczypospolitej?

Na te pytania odpowiedzial Jerzy Zimowski, podsekretarz stanu w MSW. Wyrazil on oburzenie w zwiazku z zaistnialymi aktami wandalizmu, które przybraly postac zniszczenia pomników upamietniajacych ofiary, jakie poniosla spolecznosc niemiecka w czasie I i II wojny swiatowej i obiecal, ze sprawcy zostana ustaleni.

Po tej odpowiedzi, Henryk Kroll podziekowal za wyrazenie slów oburzenia, ale podkreslil, ze wolalby wiecej czynów ze strony polskich wladz. Dodal wreszcie, ze nie rozumie, dlaczego organa panstwowe akurat nie zajmuja sie badaniem statutów organizacji o, nazwijmy to, radykalnym czy nacjonalistycznym nastawieniu.

Na tym etapie nalezy sie Czytelnikowi wyjasnienie: co to za pomniki tej nocy podpalono? Najlepsza odpowiedzia na to pytanie jest list protestacyjny wystosowany 22 lutego 1994r. - czyli miesiac przed podpaleniem - przez Polski Zwiazek Zachodni (Kolo Kedzierzyn-Kozle) do Urzedu Gminy Renska Wies, do której naleza Wiekszyce. Brzmi on nastepujaco:

Dot.: pomnika chwaty oreza niemieckiego w Wiekszycach. W imieniu czlonków kedzierzynsko-kozielskiego Kola Polskiego Zwiazku Zachodniego przekazujemy niniejszym zadanie zlikwidowania pomnika chwaty oreza niemieckiego usytuowanego w poblizu skrzyzowania glównych dróg w miejscowosci Wiekszyce podleglej Urzedowi Gminy Renska Wies.

Przedmiotem oprotestowania jest napis umieszczony na kamieniu stanowiacym pozostalosc po pomniku niemieckim sprzed 1945r. Napis ten brzmi:

1914-1918 1939-1945 GOTT MIT UNS (Bóg z nami)

Fur Volk und Vaterland (dla Narodu i Ojczyzny)

Wykazane na pomniku okresy historyczne upamietniaja I i II wojne swiatowa. Nastepne napisy kolejno glosza, ze w I i II wojnie „Bóg byl z Niemcami" i ze wszystko, czego niemieckie armie w tych wojnach dokonaly, bylo „dla Narodu i Ojczyzny". Napis „Gott mit Uns" zolnierze Wehrmachtu nosili na klamrach wojskowych pasów. Propagandowy slogan „Fur Fuhrer, Volk und Vaterland" byl w powszechnym uzyciu przez caly okres II wojny swiatowej. Obydwa te napisy wchodzily w okres symboliki i propagandy hitlerowskich Niemiec i negatywnie utrwalily sie w pamieci podbitych narodów. W zadaniu usuniecia pomnika jest takze glos naszych czlonków, rodowitych Slazaków, którzy zmuszeni byli sluzyc i umierac w niemieckim Wehrmachcie, wedlug maksymy „Fur Fuhrer, Volk und Vaterland" i nosic na klamrach pasów bluzniercze haslo „ Gott mit Uns". W calym swiecie wiadomym jest, ze w latach 1914-1918 i szczególnie w latach 1939-1945 Niemcy prowadzili wojny agresywne i napastnicze. W obydwu wojnach stracily zycie miliony ludzi. (...) Negatywna ocena calosci niemieckich zbrodniczych dokonan w Europie - w imieniu pokrzywdzonych narodów - zawarta jest w ustaleniach i wyroku procesu norymberskiego z 1946r. Umieszczenie obecnie w publicznym miejscu w Wiekszycach skompromitowanych przez nazizm hasel propagandowych - jest nikczemna prowokacja i uragowiskiem wobec pamieci milionów ludzi, których pozbawiono zycia w imie niemieckiej uzurpacji do panowania nad swiatem. Jest takze moralnym naduzyciem wobec demokratycznych zasad wspólzycia spolecznego i stanowi zarazem naruszenie przepisów prawnych o zakazie rozpowszechniania hasel, znaków i symboliki nazistowskiej w Polsce. Naszym niektórym wspólmieszkancom na Opolszczyznie „zamrozonym" zima 1945 r., a którzy po „odtajaniu" w cieple demokracji, gwaltownie chca byc Niemcami, proponujemy obejrzenie - ku rozwadze - niemieckiego pomnika, w niemieckim miescie Freising, polozonym w na pewno niemieckiej Bawarii. Na pomniku ustawionym na rynku starego miasta, z jednej strony jest wykaz nazwisk ok. 70 zolnierzy z Freising poleglych w I wojnie swiatowej. Z drugiej strony jest 160 nazwisk zolnierzy poleglych w II wojnie swiatowej. Z trzeciej strony, niewatpliwie Niemcy - dajac dowód, ze z historii wyciagneli wnioski -umiescili napis:

„ Weil die Toten schweigen, beginnt immer wieder alles von vorn"

(„Dlatego, ze umarli milcza, zaczyna sie zawsze znowu wszystko od poczatku")

W mroznym styczniu 1945r. przed tym samym pomnikiem w Wiekszycach, przyozdobionym wówczas jeszcze swastyka - przewlokly sie tysiace wynedznialych wiezniów z Konzentrationslager Auschwitz przez Prudnik do Konzentrationslager Gross-Rosen i innych obozów zaglady na niemieckiej „ nieludzkiej ziemi". Wiekszosc z nich zmarla meczenska smiercia z glodu, zimna, tyfusu i od kul niemieckiej eskorty. Oni milcza, bo umarli... Obowiazkiem tych, co przezyli, jest uczynienie wszystkiego, co niezbedne, zeby nazistowska tragedia z lat 1939-1945 nie mogla byc powtórzona. Pomnikowe uhonorowanie w Wiekszycach dwóch hasel, bluznierczo naduzytych przez ludobójcza Trzecia Rzesze jest groznym sygnalem, ze na ogólnej fali demokratyzacji zaczynaja wyrastac sily wykazujace sklonnosci do „zaczecia wszystkiego od poczatku". Silom tym mówimy zdecydowanie NIE! Zadamy usuniecia pomnika slawiacego okres nazistowskiego rozboju. Zwracamy sie z apelem do Braci Slazaków zasiadajacych w Radzie Gminnej, którzy nie stracili poczucia przyzwoitosci i wiezi z polska Opolszczyzna, o dzialanie zgodne z naszym wnioskiem. Prosimy Urzad Gminy o pisemne udzielenie odpowiedzi na nasz wniosek w terminie przewidzianym w KPA.

Kopia niniejszego pisma wzywamy Urzad Wojewódzki w Opolu do bezwzglednego wyegzekwowania prawa obowiazujacego w Polsce w przedmiocie budowania pomników.

Otóz do czego doprowadzila nas biernosc polskich wladz.

Powrócmy teraz do sprawy wykupu ziemi. Czy nasze rodziny, znajomi, którzy na Mazurach, Pomorzu, Ziemi Lubuskiej, Sudetach i Slasku pokazuja nam pola, domy, nawet jeziora i lasy (niestety tak...), wykupione przez Niemców, wszyscy klamia? Oczywiscie, ze nie. Choc oni na pewno tez znaja tylko malutka czasteczke prawdy. Ale jesli oni nie klamia, to wiec MSW - powiedzmy to delikatnie - myli sie? Podchodzac do rzeczy logicznie, sa wlasciwie trzy mozliwosci: Pierwsza mozliwosc: MSW nie otrzymuje prawdziwych danych z terenu, poniewaz transakcje odbywaja sie za pomoca podstawionych Polaków lub poniewaz przekupione przez cudzoziemców miejscowe wladze nie chca oczywiscie ujawniac swoich kombinacji. Druga mozliwosc: MSW nie chce dostrzec problemu lub ma rozkaz nie dostrzegac go. Nasuwaja sie wtedy pytania: kto wydaje takie polecenia? Kto ma w tym interes? Kto komu placi? Trzecia mozliwosc: MSW sklada sie z ludzi zupelnie niekompetentnych. Ta ostatnia mozliwosc natychmiast odpada. Jak MSW chcialo, to zawsze moglo i umialo. Pierwsza mozliwosc jest natomiast tak oczywista, ze nie wymaga zadnego komentarza. Co do drugiej mozliwosci, pozostawiamy kazdemu swobode zastanowienia sie samemu, czy jest godna wziecia pod uwage, czy tez nie. W kazdym razie, skutki sa te same i to nas wlasciwie powinno obchodzic: tracimy nasza ziemie. W „Rzeczypospolitej" z 3 czerwca 1992 roku zamieszczono bardzo ciekawy - gdyz typowy dla naszej nieumiejetnosci analizowania - artykul pod tytulem: „Nie damy ziemi?". Autorka, pani Ewa Czaczkowska, przypomina wpierw warunki do spelnienia dla uzyskania zezwolenia na nabycie nieruchomosci przez cudzoziemców:

Dla osób fizycznych, polskie pochodzenie, posiadanie rodziny wywodzacej sie z Polski lub tu mieszkajacej, karty stalego pobytu lub prowadzenie w Polsce dzialalnosci gospodarczej. Dla osób prawnych, zarejestrowanie w Polsce spólki lub otwarcie jej oddzialu czy przedstawicielstwa.

Jak juz wspominalismy wyzej, miliony ludzi poza granica takie warunki spelnia. Natomiast my, Polacy z Polski, nie mamy juz na nabycie naszej ziemi zadnej szansy przy jej obecnych cenach. Dalej autorka wspomina, ze swiadomosc istnienia mozliwosci nabywania nieruchomosci przez obcokrajowców bez zezwolenia maja wszyscy, takze ministerstwo.. [Tak wiec jedyny wniosek, który z tej swiadomosci wyciagamy, jest taki, ze najlepiej kazdemu na to pozwolic. Nie bedzie wtedy juz przestepstw, nie bedzie problemów i szczególnie nie bedzie tyle pracy dla naszych pracowników z MSW...] ale o dane na temat skali tego zjawiska trudno. Natomiast stan plotek, szczególnie w pólnocno-wschodnich rejonach Polski, osiagnal juz psychologicznie niebezpieczny poziom. Jak w ogóle mozna wypowiadac sie w ten sposób?... Jesli sie wie, ze istnieje mnóstwo mozliwosci wykupywania nieruchomosci bez pozwolenia, to nie wolno mówic, ze to i tak nie grozne albo, ze stan plotek osiagnal niebezpieczny poziom! Normalna zasada przyjeta przez kazda odpowiedzialna osobe jest taka, ze jesli nie zna sie dokladnie rozmiarów danego zagrozenia czy niebezpieczenstwa, to zaklada sie z góry, ze jest ono maksymalne. Dlatego, ze osoba odpowiedzialna musi zawsze byc gotowa na najgorsze, tak jak zolnierz ma byc gotowy na najgorsze. I wtedy wlasnie, kiedy jest przygotowany na najgorsze, to najgorsze ma najmniej szans sie przydarzyc. Nasze wladze niestety bagatelizuja zagrozenia i daja przy tym przyklad calkowitej nieodpowiedzialnosci. Ta nieodpowiedzialnosc - tak zarazliwa, gdyz tak latwa, nie wymagajaca -wyrazniej jeszcze zostala uwypuklona w artykule, w którym autorka wymienia rózne sposoby nabywania nieruchomosci: Najprostsza i co wazne, niesprzeczna z ustawa forma przekazania obywatelowi innego panstwa nieruchomosci jest testament z odpowiednim zapisem. W rejonach atrakcyjnych dla zachodnich przybyszów osoby starsze, niezamozne, czesto zyjace jedynie z rolniczej renty godza sie na uczynienie spadkobierca swojego domu i ziemi obcokrajowca w zamian za finansowe wsparcie.

Juz ta jedna forma postepowania moze nas kosztowac utrate calosci Ziem Zachodnich. Autorzy znaja wioski, gdzie juz latem 1992 roku kazdy dom byl odwiedzany przez zainteresowanych jego kupnem Niemców... Inna aczkolwiek troche ryzykowna forma jest fikcyjne malzenstwo. Koszt takiej transakcji w Szczecinie oceniany jest na 5000 DM. Wiadomo takze o praktyce sporzadzania podwójnych aktów notarialnych -jednego w Polsce, drugiego o zmienionej tresci za granica. Ale to nie koniec mozliwosci. Cudzoziemiec moze stac sie wlascicielem nieruchomosci nabywajac od ministra Przeksztalcen Wlasnosciowych wiekszosciowy pakiet akcji prywatyzowanego przedsiebiorstwa. Operacja ta nie wymaga zgody MSW. Inna forma jest obrót akcjami, odsprzedawanie ich przez spólki polskie lub z mniejszosciowym udzialem kapitalu zagranicznego firmom czy osobom fizycznym z zagranicy.

Troche dalej, autorka wyraznie pisze, ze dzialalnosc szefa MSW ogranicza sie do spraw marginalnych, a nie obejmuje kontrola najwiekszych transakcji nieruchomosciami. Powoli zblizamy sie do prawdy, wiec po co te plotki o... plotkach? Dalej czytamy: Posel Roman Jagielinski z PSL przypomnial, ze w Polsce jeden hektar ziemi kosztuje 1000 DM, gdy w Niemczech kosztuje 100.000 DM, i ze niejeden z tych, którzy szukaja korzeni na terenach Polski przyjedzie, zainwestuje w 100 hektarów i bedzie je odlogowal. I bedzie to przyczólek, a my z historii ten temat znamy. W odpowiedzi Janusz Lewandowski z KLD reprezentujacy druga opcje stwierdzil, ze „zakupy ziemi i nieruchomosci przez cudzoziemców, takze Niemców, sa smiesznie niewspólmierne do potrzeb kapitalowych. " Minister Macierewicz dodal, ze „wprawdzie Uklada stowarzyszeniu Polski naklada na nasz kraj obowiazek liberalizacji przepisów dotyczacych obrotu gruntami". Posel Zbigniew Frost z KPN utrzymywal, ze „ Uklad znosi koniecznosc uzyskania przez obcokrajowców zgody MSW. Artykul 44 w pkt. l i 2 Ukladu wyraznie stanowi, ze Polska „ ulatwi podejmowanie dzialalnosci na swoim terytorium przedsiebiorstwom i obywatelom Wspólnoty oraz zapewni w odniesieniu do dzialalnosci przedsiebiorstw traktowanie nie mniej korzystne niz traktowanie wlasnych przedsiebiorstw i obywateli. " Przewiduje, ze gdyby istniejace przepisy tego nie gwarantowaly, to Polska zmieni je i w okresie przejsciowym nie ustanowi nowych, dyskryminujacych obcokrajowców."

Tak nakazuje Uklad o stowarzyszeniu z Unia Europejska. Co dopiero po przystapieniu do Unii... Jednym slowem: zabraniamy sobie wszystkiego - który Polak bedzie w stanie konkurowac z obcokrajowcem? - pozwalamy innym na wszystko. Oddajemy sie w zupelna niewole. Czyzby temu miala sluzyc nasza swieza wolnosc? Artykul konczy sie ponownym zacytowaniem posla Janusza Lewandowskiego, który stwierdzil, ze na to, co sie dzieje w sferze nieruchomosci i ziemi, nie mozna juz patrzec przez pryzmat „Placówki" Boleslawa Prusa czy przekazów historycznych o wozie Drzymaly. To juz nie ta epoka. Ten oto sposób rozumowania doprowadzil pana Janusza Lewandowskiego - juz jako ministra Przeksztalcen Wlasnosciowych - do sprzedania Wlochom Huty Warszawa razem z setkami mieszkan robotniczych po... pól dolara za metr kwadratowy (!), zamiast je sprzedac nawet o wiele drozej robotnikom, którzy o to blagali... Nie. Robotnik polski sie nie liczy. Tak samo jak i chlop. On juz ziemi nie potrzebuje. Lepiej oddac ja obcym. A moze pan Janusz Lewandowski dalby nam przyklad i sprzedalby któremus niemieckiemu ministrowi jeden czy dwa pokoje w swoim mieszkaniu?... Gazeta „Tak" z 17 kwietnia 1992 roku, pod tytulem: „Wszystko na sprzedaz", informowala: Tylko w pierwszym kwartale br. do MSW wplynelo 177 wniosków o nabycie gruntów przez cudzoziemców. W 166 przypadkach resort wyrazil zgoda na sprzedaz. Tak jak w ubieglym roku na liscie kupujacych dominuja obywatele RFN. 177 wniosków, 166 zgód. Faktycznie, scisla kontrola... „Gazeta Lubuska" z 22 kwietnia 1993 roku donosila: Na 1992 rok, do MSW wplynelo 988 wniosków. Pozytywnie rozpatrzono 876. Najwiecej zezwolen do tej pory otrzymali Niemcy. Ile w tym samym czasie dokonano nieoficjalnych transakcji? Sto razy wiecej? Tysiac razy wiecej?

OSTATNIA USTAWA

Na nic jednak wszystkie przestrogi ludzi, którzy maja oczy zeby widziec i rozum zeby myslec. Na nic artykuly „Zielonego Sztandaru" w kilku numerach lata 1995 roku o dazeniach Philippa von Bismarcka do wykupu posiadlosci rodzinnych na Pomorzu (powrócimy dalej do niego). Na nic ostrzezenia UOP-u - co prawda chlodne - o wykupywaniu terenów na Mazurach przez Niemców. MSW postanowilo robic dniej po swojemu (niektórzy zlosliwie mówia: po cudzemu), gdyz planuje ulatwic jeszcze zakup nieruchomosci przez cudzoziemców. Jak cytuje „Gazeta Prawna" z 5 listopada 1994r., zdaniem przedstawicieli resortu - MSW - mozna dokonac pewnych zmian lagodzacych rygory - [!!!...] - ustawy. Przede wszystkim wylaczyc z obowiazku uzyskania zezwolenia osoby zamieszkujace w Polsce od przeszlo 5 lat, (...) oraz w przypadku nabywania nieruchomosci do 0,2 ha.

Czyli praktycznie mozna byloby kupowac bez najmniejszego pozwolenia domy z ogrodami do 20 arów. Lecz w naszym permanentnym t lazeniu do usatysfakcjonowania sasiadów i rozkazodawców, posunelismy sie o wiele dalej...Nowelizacja ustawy o nabywaniu nieruchomosci przez cudzoziemców z marca 1996r. wynikac miala, jak powszechnie gloszono, z koniecznosci dostosowania polskiego prawa do norm europejskich. Projekt ustawy przedstawiono Parlamentowi w trybie pilnym (aby nie dac parlamentarzystom czasu na rozmyslenie), co premier Józef Oleksy uzasadnial w ten sposób: Na forum komitetów OECD odbedzie sie drugi przeglad problematyki dot. miedzy innymi nabywania nieruchomosci przez cudzoziemców w Polsce. (...) Wsród kluczowych zagadnien znajduja sie posuniecia li-beralizacyjne, w tym nabywanie nieruchomosci przez cudzoziemców. Zdaniem OECD, pozytywna ostateczna rekomendacja (...) w sprawie czlonkostwa Polski w OECD uwarunkowana bedzie akceptacja zmiany przesianego projektu ustawy przez Parlament. Dotrzymanie terminów negocjacji (...) wymaga wiec rozpatrzenia projektu ustawy w trybie pilnym. W przeciwnym razie moze to zablokowac wejscie naszego kraju do OECD nawet na kilkanascie miesiecy (...)

Straszna rzecz. Aby wejsc do jakiegos kolejnego klubu narodów natychmiast, zamiast za pare miesiecy, wolimy uchwalic byle jaka ustawe...

Czy nie lepiej byloby stracic kilkunastomiesieczna kolejka do OECD, niz przyjmowac pochopnie dokument, którego uchwalenie uznac mozna za zdrade narodowa? - argumentowala senator Jadwiga Stokarska z „S". Nasza klasa polityczna jedzie po wskazówki do Berlina i Brukseli, oburza sie nie zrzeszony senator Józef Fraczek. Szybkie przyjecie ustawy jest warunkiem naszego przyjecia do OECD. Ale jaki ma sens wstapienie do OECD, jezeli po paru latach przestaniemy istniec? Jest to kolejny dowód na to, ze kierujemy sie wylacznie haslami. Czy znalazl sie choc jeden taki madry, który wytlumaczylby ludziom z OECD, ze mamy sytuacje specyficzna, ze mamy bogatych sasiadów pragnacych zawladnac nasza ziemia i ze nic innego nie pozostanie dla naszych dzieci, jak tylko placz za glupote ojców? A jezeli OECD nie jest w stanie zrozumiec takich argumentów, to niestety nic nie potrzebujemy miec wspólnego z ta organizacja. Czytalismy wówczas w „Zielonym Sztandarze" , ze rzad najpierw zaprezentowal swój projekt przedstawicielom OECD twierdzac, ze odzwierciedla on stanowisko strony polskiej, a potem, w trakcie debaty sejmowej tlumaczyl sie, ze nie mozna wycofac sie z zaproponowanych rozwiazan dlatego, ze zostaly one zaklepane i partnerzy sie pogniewaja. „Slowo" - Dziennik katolicki z 28 marca 1996 roku obszernie przedstawil watpliwosci niektórych poslów z PSL, dla których „dane Ministerstwa, to wierzcholek góry lodowej". Niemcy kupuja przez podstawionych ludzi i czekaja na nasze wejscie do UE, aby zalegalizowac transakcje. Informacje te potwierdza nawet profesor J. Szachulowicz z UW - ekspert senackiej komisji. Twierdzi, ze w Dusseldorfie i innych miastach RFN dzialaja firmy, które organizuja Niemcom zakup ziemi w Polsce przez podstawione osoby. Zdaniem profesora, praktyka ta jest powszechna.

Najgorliwszymi zwolennikami nowelizacji ustawy ukazali sie oczywiscie czlonkowie SLD i Unii Wolnosci, zawsze sprzymierzeni wtedy, kiedy nadarza sie okazja rozprzedawania Polski na rzecz finansowej miedzynarodówki czy organizacji ponadpanstwowych i antypanstwowych. Argumentowali oni, ze polskie ustawodawstwo jest szalenie restrykcyjne i anachroniczne. Bez jego nowelizacji, Zachód odwróci sie do nas plecami i przestanie inwestowac, a bezrobocie wzrosnie na tle ogólnego chaosu. W taki oto sposób straszyli bieda i zacofaniem panowie Balcerowicz i Lewandowski. W obronie projektu ustawy wystapil takze wiceminister Spraw Wewnetrznych Jerzy Zimowski (ten sam, co tak pocieszal Krolla w sprawie podpalenia niemieckich pomników na Slasku, patrz str. 24) przedstawiajac nastepujaca argumentacje: Padaja tu wielkie slowa - [i chwala Bogu, ze wreszcie padaja wielkie slowa, których w Polsce tak brak] - które nie przystaja do sytuacji, sa strzelaniem z armaty do muchy. Chodzi przeciez o prosta gre ekonomiczna - [wiceminister najwidoczniej nie rozróznia gry od wojny] - a wlascicielem ziemi jest zawsze ten, kto rzadzi w danym kraju. Wlasnie, panie ministrze, kto rzadzi w Polsce? Na to pytanie odpowiedziec mozna: ludzie kierujacy sie interesem cudzym, ale na pewno nie polskim, nie spolecznym. A gdyby nawet rzadzili Polska ludzie naprawde oddani Jej, czy pan minister do tego stopnia kpi sobie z prawa miedzynarodowego, aby powiedziec np. Niemcowi, który w Polsce wykupil ziemie, ze to nie on, Niemiec, jest jej wlascicielem, gdyz „wlascicielem jest ten, kto rzadzi w kraju?" No, niech pan Zimowski spróbuje... Ale to nie koniec jego utalentowanego przemówienia. Powiedzial dalej: Nie grozi nam sytuacja, ze bedziemy odpierac ochotników na kupno gruntów czy nieruchomosci. Przeciwnie, takich ludzi trzeba zachecac. Te slowa sa prawdziwym policzkiem dla zdrowego rozsadku oraz calkowitym zaprzeczeniem rzeczywistosci. „Rzeczpospolita" w artykule pod tytulem: „Ziemia dla cudzoziemca" przytoczyla inny fragment wypowiedzi wiceministra: Nie nalezy demonizowac grozby wykupywania ziemi przez cudzoziemców w Polsce, bo zjawisko to ma obecnie zupelnie marginalny charakter. Zaproponowane przez rzad zmiany sa niezbednym warunkiem doplywu do Polski zagranicznych kapitalów.

Przyjeta ustawa wyglada nastepujaco:

w miastach, cudzoziemcy beda mogli kupowac bez zezwolenia mieszkania, lokale i grunty do 0,4 ha (powierzchnia ta uwazana jest przez zwolenników nowelizacji i proeuropejczyków za malutka powierzchnie. Ciekawe, ile Polaków stac byloby na to, aby sobie taka malutka powierzchnie zafundowac?...). Gorsze: na podstawie ustepu 2 w art. 8, rzad zastrzega sobie prawo rozszerzenia mozliwosci nabywania gruntów bez zezwolenia az trzykrotnie! Bez zgody Parlamentu, bez zgody Narodu. Wystarczy zwykle rozporzadzenie. Zadajmy sobie teraz pytanie: kiedy rzad skorzysta z tej mozliwosci? Ponownie, rozumujmy logicznie. Rzad moze zezwolic na trzykrotnie wiekszy obszar ziemi nabywanej bez pozwolenia: albo z wlasnej inicjatywy - na przyklad, aby bardziej przypodobac sie jakiemus obcemu narodowi, któremu szalenie bedzie na tym zalezalo; albo na prosbe - lub zadanie? -jakiegos obcego narodu, badz jakiejs kategorii cudzoziemców. Kolejne pytanie brzmi teraz: jaki moze to byc naród? Jaka moze to byc kategoria cudzoziemców tak bardzo zakochana w naszej ziemi? Zapewne nie bedzie tutaj chodzilo o portugalski zwiazek zawodowy fryzjerów czy irlandzkich milosników koników polnych. Jest rzecza oczywista, ze z ustepu 2 art. 8 korzystac beda w pierwszej kolejnosci Niemcy, nasz najlepszy adwokat, nasz najlepszy oredownik, sojusznik, przyjaciel, jak przy kazdej okazji przypominaja to nam SLD i UW... Oznacza to, ze praktycznie, Niemiec bedzie mógl, gdziekolwiek w Polsce, wykupic 1,2 ha gruntu na terenie miasta bez niczyjej zgody (nie wliczajac w to lokali i mieszkan). Nastepnego dnia pójdzie sobie do drugiego notariusza i kupi kolejne 1,2 ha. I tak dalej... Przepisowo, ten l ,2 ha powinien stanowic laczna powierzchnie nabytych nieruchomosci w calym kraju. I mówi nam rzad: bedzie kontrola. Drzyjcie, spekulanci, Niemcy i inni cudzoziemcy: powstac ma bowiem rejestr nieruchomosci nabytych bez zezwolenia, i prowadzic go bedzie najszlachetniejsze polskie ministerstwo: Ministerstwo Sprawiedliwosci. Strach czlowieka ogarnia na sama mysl, ze rejestr bedzie tak sumiennie i dokladnie prowadzony, jak dotychczasowe statystyki o nabywaniu gruntów... Czytelnik dopiero sie o tym przekona, jak zapozna sie dalej z róznymi przykladami masowej wyprzedazy nieruchomosci obcokrajowcom. Tymczasem, MSW corocznie informuje nas, ze cudzoziemcy wykupili malutkie ilosci ziemi, góra kilka tysiecy hektarów. A tymczasem, szczecinska policja - chyba przez karygodna nieuwage - podala w sierpniu 1996r., ze tylko na Pomorzu Zachodnim, szacuje sie powierzchnie w posiadaniu Niemców na 20 tys. hektarów!... Prostokat o rozmiarach 20 km na 10...

Nabycie natomiast nieruchomosci rolnej wymagac bedzie zezwolenia Ministerstwa Rolnictwa (nalezy zwrócic uwage na to, ze projekt rzadowy nie przewidywal potrzeby uzyskania zezwolenia dla nieruchomosci ponizej jednego hektara. Poprawke wnioslo PSL). Jakze zalosnie wygladalo przeglosowanie ustawy w Parlamencie! Projekt, odrzucony przez Senat, wrócil do Sejmu celem ostatecznego glosowania. Zwarte szeregi SLD, UP i UW poparly go z entuzjazmem, jakim po nich spodziewac sie bylo mozna. Ogromna wiekszosc poslów KPN i BBWR - zajetych wewnatrzpartyjnymi rozgrywkami - i czesc znaczacych PSL-owców (z ministrem Rolnictwa Romanem Jagielinskim na czele) okryla sie wstydem nie biorac udzialu w glosowaniu, pomimo ze byla rzekomo przeciwna nowelizacji. Ustawa wiec przeszla, dla naszego najwiekszego nieszczescia. Przerózni spekulanci zacieraja rece, Niemcy masowo przystepuja do wykupu nieruchomosci i z pewnoscia niejeden nasz polityk, w podziekowaniu za odniesione „zwyciestwo", zbiera owoce z rak odpowiednich osób fizycznych i prawnych...Zaledwie ustawa zostala znowelizowana, dal sie slyszec glos profesora Belki, wówczas doradcy ekonomicznego Aleksandra Kwasniewskiego: Z gospodarczego punktu widzenia, liberalizacja obrotu ziemia - idaca o wiele dalej niz wprowadzona ostatnio - bylaby bardzo korzystna dla wlascicieli, którzy przy wzroscie popyta mogliby uzyskiwac znacznie wyzsze ceny. Sama gazeta „Wprost"" podkreslila - lecz z zachwytu, nie z oburzenia - te skandaliczne slowa. Doradca prezydenta sugeruje wiec calkowicie wolny obrót ziemia, który stuprocentowo zamienilby Polske na kolonie niemiecka w ciagu najblizszych paru lat. Ponownie, zadnej troski o czlowieka, tylko „ekonomia". I jaka bzdura! Co uzyska polski chlop sprzedajacy ziemie? Pieniadze na samochód? Jak wspominalismy juz na samym poczatku, samochód po kilku latach rozsypie sie i nic chlopu nie pozostanie. Obcy bedzie natomiast posiadal ziemie. Obcy kolonizator, spekulant, lecz prawdopodobnie malo uczciwy inwestor.

SZWAJCARIA

Szwajcarzy rozumuja bardzo prosto i konkretnie. Ich kraj, tak strzegacy swojej niepodleglosci, wzbudza podziw. Obcokrajowiec nie ma tu prawa nabywac ziemi, domu lub przedsiebiorstwa zwiazanego z rolnictwem, chociaz Szwajcaria nie ma tak tragicznej historii, jak Polska. Nie ma tych samych doswiadczen. I ten kraj daje nam przyklad! A czy ktos uwaza Szwajcarów za ciemnych, zacofanych, ksenofobów dlatego, ze nie chca ani sprzedawac swojej ziemi, ani wejsc do takiej Europy, gdzie cala ich wlasna tozsamosc zostalaby stracona na zawsze? To sa po prostu madrzy ludzie. Obcokrajowcy moga u nich kupowac mieszkania w blokach, a liczba zezwolen jest dokladnie co roku z góry ustalana przez wladze federalne (czyli „panstwowe"). Wladze kantonalne (czyli „wojewódzkie") moga w kazdej chwili zawiesic zezwolenia przewidziane przez wladze federalne lub zaostrzyc warunki na zgode, ale nie moga ich zlagodzic. Artykul pierwszy ustawy o nabywaniu nieruchomosci przez obcokrajowców w Szwajcarii jest zreszta zupelnie jednoznaczny: niniejsza ustawa ogranicza wykup nieruchomosci przez obcokrajowców w celu zapobiezenia obcym wplywom na ziemi szwajcarskiej. Przykladowo, na rok 1991 w kantonie Uri bylo dopuszczonych do sprzedazy 20 mieszkan, a w kantonie Solothurn - tylko 5.

NORWEGIA

Jesienia 1994 r., Norwegia odmówila wstapienia do Unii Europejskiej. Przeciwko glosowali przede wszystkim rolnicy, rybacy i ludzie mlodzi. Komentarze francuskich dziennikarzy byly napelnione naiwnoscia. Niestety, Norwedzy przestraszyli sie braku demokracji w Unii Europejskiej, powiedzial z zalem w glosie dziennikarz telewizji francuskiej wieczorem 29 listopada 1994r. Jakze mozna zalowac, ze ktos przestraszyl sie braku demokracji??... Na kanale drugim, inny jego kolega wypowiedzial sie jeszcze lepiej: Norwedzy nie wskoczyli do pociagu europejskiego. Szkoda. Wikingowie woleli zachowac swoja dusze. Ile jest prawdy w tych zdaniach! I jaka rozpacz; wiec inteligentni niby ludzie potrafia zalowac, ze ktos zechcial zachowac swoja dusze! Norwedzy zrozumieli, ze mozna byc przyjacielem wszystkich, nie bedac niczyim poddanym. Daniel Heradsveit, profesor stosunków miedzynarodowych w Oslo, doskonale podsumowuje uczucia Norwegów: Kiedy podrózuje po calym swiecie, czuje sie gleboko Europejczykiem. Ale kiedy spedzam pare dni na naszym zachodnim wybrzezu, staje sie z powrotem jak wszyscy Norwedzy. Boje sie, ze nasze domki, fiordy, góry, wykupia Niemcy i inni obcokrajowcy.